|
jurrando - Pon 25 Sie, 2003 22:22 Ze zmienną uwagą przejrzałem kolejno wszystkie (tak!) wpisy w dyskusji na temat IV Rzeczypospolitej. Bardzo mnie ciekawiło, jak moi Przyjaciele Forumowicze poradzili poradzili sobie z tym ciekawym tematem, a niestety nie miałem dość czasu, by śledzić to na żywo. Dyskusja okazała się wielowymiarowa. Poniżej próbka tych bardziej twórczych i zaskakujących argumentów, w kolejności zupełnie przypadkowej. Keynes był oczytany w różnych przedmiotach, ale w ekonomii najmniej. ... dobry szuler powinien wykazywać nieporadność w kontacie z kartami by wzbudzać zaufanie. ...związki zawodowe żyją z wciskania ludziom ciemnoty aby darmozjady z centrali miały na ciepłe posadki... ...w Polsce skończyłem matematykę i ekonomii uczyłem się na innych kontynentach. Mało to tę zaletę, że wśród moich nauczycieli jest czterech noblistów. ...może MOr nie jest w stanie przekroczyć bariery pyskówki na poziomie piaskownicy? Proponuję zainwestować w Narodowe Rolki - tak będzie nowocześniej, taniej i bardziej ekologicznie. Keynesizm powstał na bazie krytyki liberalizmu a neoliberalizm na bazie krytyki keynesizmu . ...jacyś cieniarze za pierwszy umysł XXw uważają Einsteina, który okradał własną żonę z wyników i nawet fizyki kwantowej nie mógł zrozumieć! Różnorodność tematyczna trochę utrudniła mi śledzenie co ciekawszych wątków, ale nie popełnię chyba wielkiej pomyłki, jeśli podsumuję, że główne rozważania na temat IV Rzeczypospolitej skoncentrowały się wokół: zagadnień konstytucyjnych, a zwłaszcza ordynacji wyborczej; kwestii podatkowych; stanu moralnego polskich elit i społeczeństwa; prawa własności intelektualnej do hasła IV Rzeczpospolitej; oraz sensowności produkcji samochodu dla mas w Polsce a.d. 2003; a także na temat liberalizmu jako światopoglądu i wartości naukowej przemyśleń kilku wybitnych ekonomistów. Wszystkich tych wątków (i paru innych jeszcze) nie da się sensownie prowadzić w jednym temacie, dlatego sądzę, że lepiej byłoby każdy z nich przenieść w osobne miejsce. A chyba żaden z nich nie został jeszcze do końca wyeksploatowany. Postanowiłem więc założyć nowy wątek, trochę na warunkach meta-, czyli dyskusja o dyskusji. Może kogoś zainteresuje kilka poniæszych uwag... jurrando - Pon 25 Sie, 2003 22:31 IV Rzeczpospolita... Na początek coś oczywistego. W tradycji francuskiej występuje odwoływanie się do numeracji republik, jako do kolejnych wcieleń nie tracącego ciągłości państwa, dokonującego co pewien czas radykalnych zmian ustrojowych. Polska tradycja numeracyjna wynika z przerw w ciągłości państwowej. Zmiany ustrojowe (choćby nawet na miarę Konstytucji 3. Maja, czy zamachu majowego) nikogo nie prowokowały do stawiania kolejnych numerków przy RP. Nie ma więc dziś sensownego powodu do oczekiwania na IV RP, niezależnie od tego, czy obecną formę polskiej państwowości skłonni bylibyśmy oceniać już jako Rzeczpospolitą, czy też jeszcze jako przeobrażoną formę peerel. Nie zmienia to oczywiście najważniejszego - postulatu radykalnej reformy państwa. "...mamy ustrój państwowy, na który nieopatrznie przystał naród w chwili ogólnego zamętu, ustrój, który zapewniając Polsce pozory ludowładztwa, oddał ją w ręce niedojrzałych koterii i koteryjek,(...). Mamy ordynację wyborczą, z której wyłonił się Sejm, złożony przeważnie z posłów, nieprzygotowanych do politycznego życia i prowadzony przez partie o niewyraźnym nieraz politycznym i społecznym kierunku. Mamy prezydenta i senat o bardzo nikłych uprawnieniach, (...) rządy, unikające rzeczoznawców, opierające się na Sejmie, a nie na społeczeństwie, zależne od partii sejmowych i lawirujące pomiędzy partiami i pomiędzy ministrami; ministrów żyjących życiem chwili i unikających rozmów o tem, co będzie za kilka lat. Mamy suwerenizujących się posłów, którzy szarogęsiują w urzędach, jak gdyby Polskę wzięli w dzierżawę i urzędników, których mianowanie i zwolnienie zależy od partyjnego klucza." Ten fragment konserwatywnej diagnozy stanu RP z 1925 roku nie wyczerpuje listy ani ówczesnych ani dzisiejszych problemów. Wart jest jednak przytoczenia dla uzmysłowienia sobie strukturalnych podobieństw pomiędzy problemamy początkowych lat II Rzeczypospolitej a współczesnością. Dla mnie jest on też źródłem pewnego optymizmu. II Rzeczpospolita nie zdołała poradzić sobie ze wszystkimi swoimi problemami, mimo niesamowitego przyspieszenia dokonanego wobec zewnętrznych zagrożeń, jakich wydaje się współcześnie jesteśmy całkowicie pozbawieni. Jednak ubocznym skutkiem dzisiejszej korzystnej koniunktury geopolitycznej jest znaczne spowolnienie procesu przeobrażeń ustrojowych i społecznych. Obecny kryzys państwa polskiego na drodze do normalności nie jest moim zdaniem kryzysem konstytucyjnym. Choć oczywiście zarówno konstytucję, jak i wiele innych ustaw moglibyśmy mieć (delikatnie rzecz ujmując) zdecydowanie lepiej i mądrzej opracowanych. Obecny kryzys opiera się głównie na degeneracji dwóch dziedzin. Jest to ogólny społeczny kryzys postaw obywatelskich oraz bardzo daleko posunięty rozkład wymiaru sprawiedliwości. Są to zresztą dziedziny nawzajem się nakręcające w dodatnim sprzężeniu zwrotnym. Kryzys społeczny nie jest problemem, z którym można sobie szybko poradzić. Wydaje się on zresztą dużo głębszy niż ten z pocz. lat dwudziestych ub. wieku. "Naród nasz [cytuję za Zaprzeczaczem] -- czyli wyposzczeni po latach PRL i RPRL światowej klasy arcymistrze w "kombinowaniu" i garnięciu do siebie" wymaga wiele wysiłku ze strony prawdziwych (jakże szczupłych!) elit, przy zaanagażowaniu jako narzędzi przeróżnych instytucji wychowawczych i kulturalnych, jak szkoły, kościoły, organizacje młodzieżowe, czy kombatanckie, organizacje charytatywne, ruchy społeczne, organizacje zawodowe, środki masowego przekazu itd. itp. I to nie jest żadna mowa-trawa, choc powtarzam spostrzeżenia niejednokrotnie juz tu obecne! To najzwyklejsze codzienne wyzwanie do ciężkiej pracy, bez oglądania się na własne korzyści. Etos tej ciężkiej pracy odniósłbym do ducha krucjatowego wywoływanego tu swego czasu przez ZChT. Zapaść sądownictwa to w rzeczywistości główna ustrojowa przyczyna braku reprywatyzacji i dekomunizacji, narastającej mafijnej oligarchizacji kraju, a także powszechnej demoralizacji w dziedzinie gospodarczej. Zarówno sędziowe jak i palestra to grupy zawodowe reprezentujące daleko posuniętą ciągłość w stosunku do epoki peerlu. Prokuratura tradycyjnie uważa się za egzekutywę rządzącej partii. Przekupni sędziowie, fraternizujący sie z przestępcami, bezwstydni adwokaci, bez skrupułów podejmujący się za kasę każdego środka dla obrony zamożnych i wpływowych przestępców! Okazuje się, że w Polsce człowiek ubogi (przypominam - 20 % bezrobocie!) nie może liczyć na żadną opiekę prawną w konfrontacji z wymiarem sprawiedliwości (por. sprawę aresztowanego fałszerza legitymacji szkolnej). Sądownictwo wymaga dziś bardzo szybkiej naprawy. I w tym kierunku przede wszystkim należałoby skierować wszelkie zapędy reformatorskie. Jest to obecnie najważniejsze zadanie dla działaczy politycznych. To nie kodeks karny jest ostatnimi czasy głównym wrogiem prawa i sprawiedliwości. Sprawa reformy finansów publicznych (w tym podatków) jest oczywiście paląco ważna i też nie wolno jej zaniedbać, wydaje mi się jednak stosunkowo odległa od istoty problemu, z jakim mamy dziś doczynienia. Bez porządnie działającego wymiaru sprawiedliwości dyskusja o podatku liniowym i progresywnym to tylko teoretyczne rozważania. W praktyce można tu mówic tylko o podatku dyskretnym. Nieco podobnie jest z problemem bezrobocia. Zagadnienia związane z ordynacją wyborczą jawią się natomiast z tej perspektywy wyłącznie jako temat zastępczy. A numerologia republikańska (III czy IV RP) to zwykłe bicie piany. Uczmy się rozróżniać sprawy ważne od drugorzędnych, a drugorzedne o błachostek. tom ash - Wto 26 Sie, 2003 17:17 Na ewentualną kontynuację tematu (może właśnie o wyodrębnionych zagadnieniach i nieco zredefiniowanego) trzeba będzie chyba poczekać, aż zakończy sezon urlopowy i większa liczba stałych forumowiczów ponownie zawita na forum. P.S. W wyliczeniu poruszonych tematów pominięty został dosyć istotny temat (wydzielony do odrębnego wątku) sposobu funkcjonowania opozycji (lub tej jej części, którą uznaliśmy za władną do przeprowadzenia zmian), czyli jak to nazwaliśmy "gabinetu cieni". TLMaxwell - Czw 28 Sie, 2003 16:01 Postanowiłem w tym wątku wkleić wypowiedź Kolegi Zaprzeczacza z frondowego forum, ponieważ myślę, że daje ona moim zdaniem odpowiedź na kwestie poruszone przez Jurrando. "Powraca kwestia "silnego dobra" i "środków bogatych", kwestia złotego środka między kwietyzmem i pelagianizmem. Można to roztrząsać ad mortem defecandum, wręcz nałogowo, przytaczając rozmaite fakty historyczne i (pozornie!) sprzeczne wypowiedzi autorytetów Kościoła (tak jak to np. czyni środowisko Obłudnika Powszechnego/GazWyb/UW). Mnie jednak, w ślad za Chestertonem, po prostu urzeka w katolicyzmie jego podejście do rzeczywistości - mistyczne, nadprzyrodzone, a zarazem, paradoksalnie, niesłychanie trzeźwe, realistyczne, roztropne, raczej nieufne wobec skażonej grzechem natury ludzkiej. (Jak trafnie zauważył M. Martin, kłopoty neokatolicyzmu biorą się przede wszystkim z rousseau'owskiego hurraoptymizmu, z lekceważenia skutków grzechu pierworodnego i realnego działania szatana w świecie.) A więc: Nadstawiamy drugi policzek, gdy chodzi tylko o nasze osoby. Ale rzucamy rękawicę, gdy znieważono lub skrzywdzono damę, naszego monarchę lub tego nieobecnego, którego akurat reprezentujemy i w imieniu którego nie możemy - bo nie mamy uprawnienia - wybaczyć. Robimy wszystko, aby uniknąć wojny, ale wiemy, że nie wolno nam czekać na anioły z nieba kiedy słabi i bezbronni cierpią prześladowanie. I kiedy przychodzi do ich aktywnej obrony bynajmniej nie używamy nieco masywniejszych różańców, ale normalnej broni. Nigdy nie walczymy z "wrogami". Zawsze jest to "przeciwnik", osoba ludzka. Rozumiemy, że lepiej interpretować przykazanie "nie morduj" (tłum. dosłowne) rozszerzająco i raczej nie orzekać i nie wykonywać kary śmierci. Ale znamy realia tego świata i wiemy, że państwo, które nie nosi miecza u boku (por. Listy św. Pawła; List do Rzymian bodajże) wcześniej czy później jest zmuszone go przypasać - jeśli chce pozostać państwem i wypełniać niektóre swoje podstawowe obowiązki. Popieramy państwo minimum i zasadę pomocniczości, ale jako mieszkańcy danego kraju z troski o niego staramy się, aby prawo stanowione nie było sprzeczne z naturalnym, bo to jeszcze nigdy nikomu na zdrowie nie wyszło. (A jeśli stanowimy w danym państwie większość to oczekujemy, że będzie ono wypełniąć swoje obowiązki wobec Boga i Kościoła - zob. encyklika "Immortale Dei - O państwie chrześcijańskim" papieża Leona XIII.) Umiemy modlić się pod starą przydrożną kapliczką i w nie mniej ustępującej jej pięknem złoconej bazylice - bo nasz Pan jest cichy i pokornego serca, ale zarazem jest Władcą stworzenia, Królem królów, Sędzią żywych i umarłych, i Jego godne uczczenie załuguje na każdą ofiarę, wydatek i poświęcenie (ciekawe, że trzeba to zwykle tłumaczyć dobrze sytuowanym miejskim intelektualistom, a nie ubogim, prostym wieśniakom). Św. Dominik wysyłał swoich braci na misje tak jak stali, z pustymi kieszeniami, ale nigdy nigdzie nie napisał, że za wykonanie dachu kaplicy nie trzeba rzemieślnikom zapłacić. Itd." MS - Pią 05 Wrz, 2003 15:38 Obecny kryzys opiera się głównie na degeneracji dwóch dziedzin. Jest to ogólny społeczny kryzys postaw obywatelskich oraz bardzo daleko posunięty rozkład wymiaru sprawiedliwości. Są to zresztą dziedziny nawzajem się nakręcające w dodatnim sprzężeniu zwrotnym. Kryzys społeczny nie jest problemem, z którym można sobie szybko poradzić. Wydaje się on zresztą dużo głębszy niż ten z pocz. lat dwudziestych ub. wieku. "Naród nasz [cytuję za Zaprzeczaczem] -- czyli wyposzczeni po latach PRL i RPRL światowej klasy arcymistrze w "kombinowaniu" i garnięciu do siebie" wymaga wiele wysiłku ze strony prawdziwych (jakże szczupłych!) elit, przy zaanagażowaniu jako narzędzi przeróżnych instytucji wychowawczych i kulturalnych, jak szkoły, kościoły, organizacje młodzieżowe, czy kombatanckie, organizacje charytatywne, ruchy społeczne, organizacje zawodowe, środki masowego przekazu itd. itp. I to nie jest żadna mowa-trawa, choc powtarzam spostrzeżenia niejednokrotnie juz tu obecne! To najzwyklejsze codzienne wyzwanie do ciężkiej pracy, bez oglądania się na własne korzyści. Etos tej ciężkiej pracy odniósłbym do ducha krucjatowego wywoływanego tu swego czasu przez ZChT. Jurrando podstawowy problem to kogo określić mianem elity ? gdyż te mające rodowód przedwojenny zostały przez Hitlera i komunizm wytępione prawie do szczętu, więc nie mogła się w sposób prosty zreprodukować, a ci którzy starali się kultywować jej tradycje byli szczególnie gorliwie prześladowani i o żadnych książkach czy pisaniu listów otwartych z więzienia mowy być nie mogło. Dodatkowo ludzie będący w realnej opozycji do systemu z reguły nie stali się beneficjentami przemian, więc obecnie muszą ciężką własną pracą zapewnić byt rodzinie na jakimś poziomie. Spora część społeczeństwa posiada mentalność niewolników i o żadnej odpowiedzialność nie chce słyszeć, a jej ideą jest konsumpcjonizm i gwarancje socjalne. Medialnie nagłaśniane są elity postkomunistyczne i liberalne w sferze stosunku do wartości. Najbogatsi ludzie wywodzą się z kręgów postkomunistycznych, znaczna część ludzi zamożnych również jeżeli nie przez sympatię to z powodów biznesowych. Itp. .... Kolejną kwestią jest sprawa jakości ludzi określanych (określających się) mianem konserwatystów, ze szczególnym naciskiem na brak lustracji. Następnie brak sposobu pozyskiwania i weryfikacji nowych sympatyków więc mamy problem jak PC na początku czy PiS obecnie. Dalej można wymieniać jeszcze długo, mam więc pytanie do Ciebie o jaki horyzont czasowy Ci chodzi w tej dyskusji czyli co zrobić natychmiast, co robić aby efekty był za kilka lat oraz jak kształtować siebie i otoczenie aby generalnie było lepiej (tz. małe dobro) Generalnie, ale to już truizm podstawą jest samoorganizowanie się, a to poza środowiskiem RM jakoś średnio wychodzi. jurrando - Sob 06 Wrz, 2003 16:07 Dziękuję za ciekawą polemikę. Pozwolisz M.S.-ie, że dodam do niej swój komentarz? Nie umiem wyobrazic sobie Rzeczpospolitej, w której nie działa uczciwy i sprawny wymiar sprawiedliwości. Natomiast ani podatek progresywny, ani liniowy, ani nawet regresywny nie kłóci się w moim przekonaniu z istotą pojęcia "Rzeczpospolita". Podobnie też ma się sprawa z wyborem ordynacji proporcjonalnej, większościowej, czy jakichś ich kompilacji. To jasne, pewne koncepcje mogą być skuteczniejsze od innych, ale to wszystko leży poza zakresem istoty problemu. A istota jest taka, że w państwie bez uczciwych sądów można niezależnie od "progów" kupić sobie raj podatkowy i , niezależnie od ordynacji wyborczej - fotel posła, senatora, lub ministra. Czy komuś brakuje przykładów? Przy Okrągłym Stole przyjęto zasadę niezawisłości sądów, realizowaną m.in. poprzez zasadę nieusuwalności sędziów. Dzięki temu skutecznie zakonserwowano układ personalny z poprzedniej epoki na następnych kilkanaście lat. I nie poradził na to ani prezes Strzembosz, ani wiceprezes Nizieński. Nie przesądzałbym jednoznacznie, że taki model zmian w 1989 roku był ze wszechmiar zły, złem natomiast była niewiątpliwie petryfikacja tego modelu. W tle tej petryfikacji dało się zawsze usłyszeć ostrzeżenia cytowane też przez M.S-a, że wszelkie próby rozbicia układu muszą skończyć się powtórką z lat 44/45, półrocznymi kursami sędziowskimi itd. Ja oczywiście nie wiem, jak postulowane przeze mnie zmiany praktycznie wprowadzić w życie (rozumiem przecież logikę zastrzeżeń MS-a), ale wiem też, że bez ich wprowadzenia każdy Polak chcący życ uczciwie powinien czym prędzej szykować się na wyjazd do jakiegoś Chicago, albo innego Sydney, bo nawet emigracja wewnetrzna nie zapewni tu choćby pozorów bezpieczeństwa. A zatem mamy do rozwiązania trudny problem, okryty zasłoną milczenia. Zamiast próbować go rozwiązać obiecuje się, że wszystko naprawic może nowa ordynacja wyborcza. Na pohybel nieusuwalnym świętym krowom i aparatowi partyjnemu! Takie hasło zawsze się przyjmie. I to właśnie pozwoliłem sobie nazwać dyskusją zastępczą. A może sie mylę, może już jakieś srodowisko (polityczne, intelektualne lub zawodowe) ciężko pracuje nad projektem zmian i reform? Uważam, że proponowane przez PiS ułatwienie dostępu do zawodu adwokata to bardzo słuszny potulat, ale to zdecydowanie za mało! Co do elit. Wydaje mi się, że akurat na tym Forum problem jest mało kontrowersyjny . I dlatego nie za bardzo czuję potrzebę, by go tu szerzej raz jeszcze dyskutować. CZas odtwarzania elit narodowych mierzy się pokoleniami. Na szczęście takie elity tylko częściowo podlegają samoreprodukcji. I dlatego w zasadzie każdy może aktywnie współuczestniczyć w ich formowaniu. I myslę też, że każdy z nas doskonale wie, co w danym momencie powinien robić. Czasem tylko się nie chce, a czasem jest niewygodnie i się "nie opłaca". Stąd moje odwołanie się do ducha stanów nadzwyczajnych i przypomnienie starej dyskusji o krucjatach. Dobrym konrtapunktem do powyższego będzie niepokojący cytat z M.S.a (podkreślenia - moje). "ludzie bedacy w realnej opozycji do systemu z reguly nie stali sie beneficjentami przemian, wiec obecnie musza ciezka wlasna praca zapewnic byt rodzinie na jakims poziomie. Spora czesc spoleczenstwa posiada mentalnosc niewolników i o zadnej odpowiedzialnosc nie chce slyszec, a jej idea jest konsumpcjonizm i gwarancje socjalne." tom ash - Nie 07 Wrz, 2003 20:34 Wprawdzie, o elitach, to same elity powinny się wypowiadać, ale i ja swoje 0.03 ZŁ dorzucę. W coraz szerszym zakresie przestaje być uprawnione twierdzenie o istnieniu nomenklatury postpezetpeerowskiej, ponieważ mamy do czynienia niemal z personalną "transplantacją" układów schyłkowego peerelu. A mając świadomość, że obecna sytuacja społeczna w kraju (piszę o prowincji, opierając się na przykładzie Pomorza, ale na dole kraju, chyba też jest podobnie) jest taka, że często najlepszymi/jedynymi szansami na pracę za pensję zbliżoną do średniej krajowej (czyli 2-3 razy więcej niż przeciętnie w regionie) są posady urzędnicze, narastające zjawisko nepotyzmu (czyli dzieci z wyżu lat 50 [łatwo można wyprowadzić wieloskładnikowe uwarunkowanie obecnego apogeum ich wpływów], muszą znaleźć pracę dla swoich dzieci) mamy drastycznie kurczącą się przestrzeń dla "nowych" elit. Łącząc to z tworzeniem się kasty prawniczej (możliwość aplikacji to albo koneksje rodzinne albo kilkadziesiąty tysięcy łapówki), chyba jednak można mówić o pewnej samoreprodukcji instytucjonalnej. Kolejne pytanie o strukturę nowej elity: czy to ma być forma "pokolenia", czy jest to pożądane i czy są ku temu realne możliwości? gacek - Nie 07 Wrz, 2003 23:51 "ludzie bedacy w realnej opozycji do systemu z reguly nie stali sie beneficjentami przemian, wiec obecnie musza ciezka wlasna praca zapewnic byt rodzinie na jakims poziomie. A w dyskusję o postawach wobec rzeczywistości wpisuje się także postawa abp. Życińskiego (stały felieton w "Rzepie"). Nie jest długi, więc wkleję go tutaj, a nie w dziale "A,P,R". Antropologia dla nowobogackich Gdyby zaprowadzić ranking sloganów popularnych i niemądrych, jedno z czołowych miejsc przypadłoby hasłu "tyle wolności, ile własności". Nie wiem, kto chciał zademonstrować swe umiłowanie absurdu, formułując ten slogan. Powstał on w okresie sporów o uwłaszczenie, powraca zaś w kontekście straszenia wyprzedażą majątku narodowego. Jego treść satysfakcjonuje zapewne nowobogackich, którzy nobilitująco zostają uznani za ucieleśnienie wolności. Treść ta pozostaje jednak w jaskrawej sprzeczności z tym, czego uczyliśmy się przez długie lata, podkreślając prymat być nad mieć. Tym, którzy dawali świadectwo niezłomnego ducha, rezygnując z robienia kariery dzięki opiekuńczemu wsparciu PZPR, powtarzaliśmy wtedy, że można wyróżnić trzy stopnie luksusu: własny samochód, własna willa i własne zdanie. Wielu decydowało się na zaczynanie życiowej drogi od razu od trzeciego stopnia i ze spokojem wybierało niezależne własne zdanie, godząc się, że na zawsze niedostępne pozostaną dla nich nie tylko służbowe wołgi, ale nawet zwykły fiat 125, na który nigdy nie otrzymają talonu. Dziś mogą się oni dowiedzieć, że dokonali błędnych wyborów, gdyż najwyższy wskaźnik wolności osoby stanowi marka jej samochodu, jak również sauna i kort tenisowy. Szczególnie boli, gdy podobne oceny powtarzane są w środowiskach uchodzących za katolickie. Czego bowiem można nauczyć się z przykładu życia Jezusa? Urodził się w stajni, mieszkał na prowincji. Gdy w szczytowym okresie popularności pytano Go, gdzie mieszka, nie mógł się wykazać żadną willą. W Niedzielę Palmową wjechał do Jerozolimy na jakimś pożyczonym osiołku, podczas gdy spektakularna parada koni mogłaby stanowić odpowiednik współczesnego mercedesa. Ostatnią pożegnalną wieczerzę urządził w wynajętej sali wieczernika. Po śmierci Jego ciało złożono do pożyczonego grobowca. Tymczasem całe Jego życie stanowi jedną wielką lekcję wolności. Inspirowała ona przez wieki nie tylko entuzjastów w rodzaju świętego Franciszka, którzy zostawiali rodzinne majątki, by odnaleźć najgłębszą wolność na szlaku naśladowania Chrystusa. Inspirowała również rzesze osób zakonnych, które przez ślub ubóstwa dawały dowód, że można okazać wolność ducha przez programową rezygnację z posiadania. Kiedy słyszę dziś naszych polityków, którzy utrzymują, że wolność własnością się mierzy, obawiam się, iż trafili do kultury europejskiej zupełnie przypadkowo. Zapewne w afrykańskim buszu można jeszcze spotkać przywódców plemion, którzy sądzą, że o ich prestiżu decyduje dziesięć żon, kilka samochodów i szczoteczka do zębów wysadzana brylantami. Trudno mi jednak zrozumieć, czym wytłumaczyć nad Wisłą popularność wartościowań pochodzących z głębi egzotycznego buszu. Dlaczego nasi nowobogaccy chcieliby równać akurat do tamtego stylu, nieświadomie deklarując w swym programie rozwoju kultury "zbudujemy drugą Afrykę"? Podobne deklaracje ubliżałyby skądinąd większości mieszkańców Afryki, którzy bynajmniej nie marzą o tym, by naśladować styl Kadafiego i Bokassy. Można stworzyć cały dekalog zasad dla nowobogackich. Można w nim przyjąć inne hasła o podobnym stopniu uzasadnienia co hasła o wolności mierzonej własnością. Ten sam stopień uzasadnienia miałoby na przykład hasło "tyle mądrości, ile własności". Dowiedzielibyśmy się z niego, że najmądrzejsi są ci, którzy nie przyjmą byle jakiej łapówki, poniżej siedemnastu milionów dolarów. Niezależnie od prostych haseł prawdziwa pozostaje gorzka prawda o nowobogackich. Przestańmy się pocieszać, że dowcipy o tej grupie dotyczą jedynie naszych sąsiadów ze Wschodu. Zauważmy tę gorzką korelację, w której absurdalna pogoń za własnością pozostaje jedynie wskaźnikiem prymitywizmu nowobogackich, którzy poprawiają sobie samopoczucie zasadami amatorskiej antropologii. - Nietrudno zauważyć, że J.Ekscelencja pije do Radia Maryja (bo tam też hasło "tyle wolności ile własności" powtatrzane jest dosyć często), ale chyba temperament polemiczny nieco Metropolitę Lubelskiego poniósł. Bo przecież "tyle wolności ile własności" nie jest to kwestia która może dotyczyć "klasycznych nowobogackich" - dla nich własnośc jest celem samym w sobie. Dotyczy tych, dla których "własność" to środek. Niestety, ale odnoszę także wrażenie, że na pewnym szczeblu hierarchii (jakiejkolwiek, niekoniecznie kościelnej) problemy materialne stają się dla człowieka abstrakcją. Z konsumpcji dużo łatwiej rezygnuje się, gdy można sie przesiąść z Mercedesa na Opla, niż gdy ma się tylko rower. Tak jest tom ashu, to nie chodzi o komfort psychiczny ale o egzystencję. A w kontekście dyskusji o III/IV RP - do czego mogłoby nas doprowadzić zastosowanie się do wskazówek abp. Życińskiego? Reprywatyzacja? - nie uchodzi. Uwłaszczenie? - broń Boże. Próby likwidacji nepotyzmu? - nie wypada. Czyli - konserwujemy zastane układy dumnie wypinając się na świat. ZUPEŁNIE brakuje mi tutaj podziwianego przez Lezuraja (za Zaprzeczaczem i Chestertonem;-) "trzeźwego, realistycznego, roztropnego, raczej nieufnego wobec skażonej grzechem natury ludzkiej" podejścia do rzeczywistości. jurrando - Wto 09 Wrz, 2003 06:46 Z konsumpcji dużo łatwiej rezygnuje się, gdy można sie przesiąść z Mercedesa na Opla, niż gdy ma się tylko rower. Nigdy nie jest oczywiste, gdzie u kogo zaczyna się lenistwo i konformizm a kończy autentyczny strach o własną egzystencję. Te granice dość łatwo dają się przesuwać w ramach dyskusji z własnym sumieniem. I pod tym względem peerel nie różni się drastycznie od naszych czasów! Mam podejrzenie (graniczące z pewnością), że prawdziwego konformizmu jest znacznie więcej niż utrzymują sami zainteresowani. Jakże wielu jest ludzi narzekających na zły los, a jak mało na własny rozum (i wolę)! Ciekawe przyczynki do tego zagadnienia daje artykuł na temat sytuacji polskiej wsi zamieszczony w sierpniowym NP! Twoja Gacku opinia na temat psychologii posiadania jest być może nawet trafna w odniesieniu do polskiego społeczeństwa, tyle, że jednak niezupełnie zgodna z "duchem ewangelii" - Chesterton jednak chyba niezupełnie to miał na myśli, (czyż nie Zaprzeczaczu?). Więc nie ma co złościć się akurat na biskupa, że namawia do odrzucenia (czy "korygowania") tego typu postaw. Tom Ashu, trudno zgodzić się z opinią, że nie ma obecnie przestrzeni dla rozsądnego i przynoszacego efekty działania. Dokładnie to samo chętnie mówiło się w latach siedemdziesiątych. A było to (dziś jest to banalna oczywistość) nieprawdą. O ileż więcej jest realnych przestrzeni dziś. Ino trzeba zechcieć chcieć. No i niekoniecznie nastawiać się na osobiste korzystanie z owoców własnego wysiłku. Co do samoreprodukcji elit. Słownik Języka Polskiego podaje (oprócz znacznia agrotechnicznego) trzy różne pojęcia słowa "elita". W tym również znaczenie podobne do "grupy trzymającej władzę". W swoich refleksjach nie ten rodzaj elit miałem na uwadze, co przyznaję, nie musi być wcale oczywiste. Środowiska trzymające władzę mają naturalną tendencję do samoreprodukcji i do monopolizacji życia publicznego. Tu TomAshu, masz rację. Konieczne są więc mechanizmy, które tego rodzaju dążeniom skutecznie się przeciwstawiają, broniąc tym samym życie społeczne przed systematyczną degeneracją. I to jest bardzo istona funkcja elit społecznych, w szerokim i pozytywnym rozumieniu tego słowa. W Polsce te elity zostały, jak dobrze wiemy, dramatycznie przetrzebione. Jest więc zadaniem o podstawowym znaczeniu ich jak najszybsze odnowienie. Nikt nie mówi, że to zadanie łatwe i przyjemne, nikt też nie gwarantuje sukcesu, zwłaszcza w perspektywie osobistych osiągnięć, również materialnych. Wydaje mi się, że nie jest najważniejszą sprawą tworzenie nowych elitarnych środowisk. Rzecz raczej w tym, by w swoich własnych środowiskach, wspierać wzrost autentycznych elit (nie każdy lekarz będzie prezesem Izby Lekarskiej, nie każdy informatyk będzie kierował komputeryzacją krajowej służby geodezjnej). Znakomicie mi tu Tomie pasuje Twoje porównanie meteo. Chodzi przecież "tylko" o codzienne kondensowanie wśród ludu wartości zupełnie podstawowych. Trzeba świadomie uznać, że niekiedy wymaga to nawet heroizmu. M. in. i o tym opowiada "Constans". Otis Tarda - Wto 09 Wrz, 2003 09:10 Myślę, że jesteś nadmiernym optymistą, Jurrando. To, że elity (tudzież kandydaci na elity) zostały wystrzelane/zagazowane/wyrzucone jest rzecz jasna faktem. W normalnych warunkach jednak powinny sie one dość szybko odrodzić: w gruncie rzeczy takie przetrzebianie elit zdarzało się - częsciej, choć na mniejszą skalę - przez cały XIX wiek; a przecież sam przyznasz, że dla literatury polskiej koniec XIX wieku był chyba najlepszym w historii. Moim zdaniem od II WŚ nastąpiło coś znacznie gorszego: na miejsce tychże przedwojennych elit wszedł ich surogat. Rodzaj "elit spaczonych", troche tak jak w "Inwazji porywaczy ciał". Wyglądają jak elity, zachowują się jak elity i pełnią funkcję elit - ale nimi nie są. Zeby daleko nie szukać (wybaczcie za niezbyt oryginalny przykład): Redaktor ma niezłe pióro, jest wpływowy, z pewnością niegłupi, ale mimo wszytko trudno uznać mi go za "elitę czasu demokracji" (pomijam jego działalność przed 89'), głównie ze względu na brak tego "czegoś" - nie wiem jak to nazwać: Przyzwoitości, Honoru? Nie chodzi mi o bycie "nieskalanym", raczej o pewne zachwoania które po rpostu nie uchodzą. Pamiętacie redaktora The Washington Post, który podczas afery Watergate oswiadczył, że nigdy nie przekroczył progu Białego Domu? Nie wiem czy mówił prawdę, nie wiem czy tak faktycznie było - ale uznał, ze ma obowiazek dostosować się do epwnych standardów. No i jak wygląda w porównaniu z tym postawa Michnika, który zaraz po aferze idzie do jednego podejrzanych i od razu zapowiada, ze wierzy w jego niewinność? I tu tkwi problem... miejsce elit jest już zajęte, więc nie ma za bardzo czego odtwarzać. I każdy, kto bedzie usiłował na nie wejść z ciut innymi poglądami niż obowiazujace, zostanie odpowiednio potraktowany. Dixit. jurrando - Wto 09 Wrz, 2003 11:14 Otis Tarda - zgadzam się z Twoim opisem rzeczywistości. Różnica między nami dotyczy w głównie oceny własnej zdolności przewidywania. Nie wiem, czy masz rację, czy nie, twierdząc, że stopień degeneracji polskich elit przekroczył już wartość krytyczną, poniżej której nie ma mowy o ich odtworzeniu. Wydaje mi się, że Twój pogląd jest nieweryfikowalny. A to ma swoje logiczne konsekwencje - trochę jak zakład Pascala. Ja ze swej strony dodaję jeszcze przekonanie, że ten "krytyczny" poziom umieszczony jest bardzo nisko, głównie dzięki temu, że elity tylko częściowo podlegają "samoreprodukcji". I to stanowi główną podstawę mego "optymizmu". Niestety, masz pełne prawo tego optymizmu nie podzielać. tom ash - Wto 09 Wrz, 2003 11:50 jurrando (jurrandzie?) - ja nie pisałem diagnozy sytuacji ogólnej, nie mam ku temu ani danych (i nie chcę ich mieć), ani nie wiem do końca jakiego aparatu ku temu użyć (to by b.dobrze mogła zrobić prof. Staniszkis - gdyby potrafiła wyjść poza własną często niezrozumiałą dla innych metodologię i nomenklaturę - tworząc przejrzystą syntezę). Odnosząc się do słów, że każdy wie co ma robić, opisałem sytuację grupy do której należę (czyli tzw. wyżu demograficznego) na obszarze, który lepiej lub gorzej znam (Pomorze). I to pozwala mi pisać o bardzo znacznym ograniczeniu możliwości działania. O świecie młodych ludzi czujących się ubezwłasnowolnionymi ekonomicznie i układami lokalnymi. Nie dlatego (jak manifestowano to w szeregu artykułów w GazWyb o generacji nic), że są materialistami, którym przed nosem zamknięto bramy ich wygodnego raju, ale dlatego, że nie ma dla nich miejsca w zastanej strukturze społecznej innego, niż najniższe. W przeciwieństwie do krajów zachodniej Europy, gdzie dzisiaj jeszcze np. nielegalnie sprzątają żydowskie mieszkania, ale już wkrótce staną się pełnoprawnymi podmiotami legalnego życia gospodarczego. Ja tam znalazłem rozwiązanie moich moralnych dylematów związanych z prowadzenie uczciwego interesu. Nie umiem znaleźć (w domenie publicznej, w sferze religii jest na szczęście znacznie lepiej) wyraźnych wyznaczników wspólnoty, początków pozytywnie (celowo, ideowo) definiowanej "generacji" - jesteśmy jacyś tacy "osobni". Dlatego pierwszy obraz musi mieć charakter mozaiki - zbioru opisów cząstkowych, których analiza może przynieść znalezienie elementów wspólnych (pozytywnie), ale nie pozwala jeszcze na wyprowadzenie diagnozy i reguły ogólnej. Do tego potrzebne byłoby wykształcenie wspólnego kodu-mechanizmu komunikacji. Łącznika między światem chestertonowsko-conradowsko-niewiadomojakim, a światem BigBrothera, Kasi i Tomka czy Kiepskich. Nie wiem, czy to możliwe poza sytuacjami specjalnymi (jak pierwsza "Solidarność"), kiedy pojedyncze osoby i grupy, czy to odkrywają już istniejącą znajomość tego "wspólnego języka", czy szybko się go uczą. Zgadzam się z Twoim spojrzeniem na elity i mechanizmy codziennej "kondensacji" na niskim poziomie, tutaj znowu nasze pisanie jest komplementarne (o współpracy lokalnej ponad podziałami, jako naturalnym czynniku powstawania elit, już gdzieś tutaj wspominałem), ale drobne zastrzeżenie: nawet w tak zdyspersowanym bytowaniu, realne elity powinny mieć instytucjonalny punkt odniesienia dla takich żuczków jak np. ja. Mógłbyś rozwinąć myśli o realnych przestrzeniach działania? Takie elity jak obecne (po francusku societe, po naszemu szajka, jak mawiał dziadek M.Rybińskiego), chociaż z pozoru trwałe, pozostają na łasce społeczeństwa (na które, o paradoksie mają znaczący wpływ) i przy rozsądnym przyłożeniu siły w odpowiednim czasie i miejscu okazują się chwiejne jak mleczny ząb pierwszoklasisty. Nasza powojenna historia daje przykłady gwałtownych i ewolucyjnych zmian elit we wszystkich tego słowa znaczeniach. Mieliśmy zaniki, masakry, mimikry, mistyfikacje, opakowania zastępcze, byty równoległe, dominacje realne i urojone a czasem się nawet prawdziwe elity znajdowały. Problem jest w organizacji środowisk alternatywnych. los - Wto 09 Wrz, 2003 12:15 Tomashu, na podobne pytania już odpowiadałem na dawnym forum NP. Mój przepis jest ciągle ten sam. Zacznijmy od diagnozy: Na terenie geograficznym czasem zwanym Polską nie istnieją ani naród ani społeczeństwo. Jest magma w której działają różne wieksze i mniejsze, lepiej i gorzej zorganizowane grupy. Nie wszystkie mają charakter przestępczy. Zacznę od nieskutecznych metod naprawiania sytuacji. Są to: 1. wykrzykiwanie słowa "naród" głośno i emfazą. 2. wyszukiwanie antynarodowych spisków. 3. skulenie się w kącie z mocnym przekonaniem, że jesteśmy jedynymi sprawiedliwymi. 4. utopijne ale za to jakże słuszne teorie. Dzielimy ludzi na dobrych (co naszą teorię popierają) i złych. Natomiast propozycją pozytywną jest praca organiczna. Należy do niej: 1. osobisty sukces. "lasciate ogni speranza", że społeczeństwo przekształca osoby z dołów społecznych. 2. związek z innymi myślącymi podobnie. Może być to cokolwiek: lista dyskusyjna, partia, samorząd. 3. upublicznienie poglądów. Nikogo nie przekonamy do czegoś, czego poznać nie jest mu dane. tom ash - Wto 09 Wrz, 2003 12:30 Jeśli chodzi o diagnozę, to nie dokońca bym się na obecnym poziomie na nią zgodził, ale jestem przekonany, że gdybyśmy sobie to wyjaśnili, to pewnie myślimy mniej więcej o tym samym, także zostawmy to w spokoju. Na pozostałe punkty się zgadzam w całej rozciągłości, tylko dodałbym postulat realizmu w ocenie przeciwnika i niemistyfikowania rzeczywistości (można go wprawdzie wyprowadzić z pozostałych, ale fajnie byłoby go mieć w postaci wyraźniejszej). MS - Wto 09 Wrz, 2003 17:02 Nie umiem wyobrazic sobie Rzeczpospolitej, w której nie działa uczciwy i sprawny wymiar sprawiedliwości. Natomiast ani podatek progresywny, ani liniowy,... Podobnie też ma się sprawa z wyborem ordynacji proporcjonalnej, większościowej, czy ..... Znowu nie zgadzam się z Tobą, to wszystko o czym piszemy są warunkami koniecznymi, a żaden osobno nie jest warunkiem wystarczającym ! bo albo całość działa jako sprawne państwo z wbudowanymi mechanizmami wspierającymi/promującymi pro państwowe zachowania, albo mamy asynchroniczne, a przez to nielogiczne Państwo co jest obecnie. jurrando - Sro 10 Wrz, 2003 06:43 1. Kilka słów wyjaśnień dla MSa. Moją intencją było poddanie pod wspólną rozwagę tego, co dziś uznalibyśmy za najważniejsze w "naprawie Rzeczypospolitej". W poprzednim wątku wszystko się rozmyło w drobiazgowej szermierce słownej. Wyobrażałem sobie, że niecelowe byłoby tu rozwijanie dyskusji "społecznej" - w ogólności banalnej, w szczegółach - zbyt obszernej. Myliłem się. Komplementarność poglądów oraz wspólne odczucie pewnej bezradności sprawiły, że wymiana zdań stała się nadspodziewanie twórcza. I na tym etapie szkoda byłoby ją ograniczać, mimo, że sporo argumentów powtarza już wcześniej snute wątki. Szkoda MS-sie, że nie mamy jednakowej oceny istotności problemów, ale pozostanę przy swojej opinii, wydaje mi się ona wystarczająco umotywowana. Ufam, że nie przeszkodzi nam to zbytnio we wspólnym główkowaniu, jakie są sensowne możliwości ograniczenia sądowego bezprawia w RP... Sęk w tym, że brak mi wiedzy, a dyskusja publiczna na ten temat w zasadzie nie istnieje. Podejrzewam, że powodem tego jest waga trudności, które trzeba pokonać przy rozwiązywaniu tej kwestii. To nie zapał polemiczny każe mi zwracać uwagę, że nie ma dyskusji na najważniejszy moim zdaniem temat. Zgodnie z zaleceniem losa próbuję raczej "podrzucić" temat tam, gdzie może to ktoś zauważy. Co do opcji zerowej. Być może wcale nie jest ona taka konieczna. Zupełnie banalnie wydaje mi się, że nie ma skuteczniejszej metody nad rzetelną kontrolę. Często zdarza się na przykład, że wyroki sądów uchylane są przez komórki wyższej instancji, z trybunalem strassburskim włącznie. Czy ktoś wie, jakie są praktyczne konsekwencje takiej plamy dla składów nieprawidłowo orzekających? Jak to wygląda w innych krajach? 2. TomAshu, odczuwanie ubezwłasnowolnienia jest z natury rzeczy subiektywne, niestety, jednocześnie przynosi całkiem realne skutki. Masz nade mną tę przewagę, że czytujesz biuletyn ministerstwa prawdy i dzięki temu możesz używać takiego pojęcia jak "pokolenie nic", które dla mnie nic nie znaczy, choć być może funkcjonuje ono od dawna jako oczywisty idiom. Odczucie dyskomfortu, frustracji i ubezwłasnowolnienia zawsze jest odbiciem rozziewu pomiędzy aspiracjami a możliwościami. Opis typów przeważających aspiracji w grupie społecznej o jakiej piszesz może rozjaśniłby nasze wzajemne wątpliwości. Nie po to jednak, by szukać "łącznika między światem chestertonowsko-conradowsko-niewiadomojakim, a światem BigBrothera, Kasi i Tomka czy Kiepskich", lecz po to, by poszerzać świat conradowsko-chestertonowski kosztem tego drugiego. Bo jedynym łącznikiem między tymi światami są cyniczni manipulatorzy, którzy dzięki formalnemu wykształceniu doskonale rozumieją Conrada, ale wolą kreować Kiepskich. W stoczni Gdańskiej nie było miejsca dla Big Brothera. Masz rację - dobrze jest, gdy realne elity mają instytucjonalny punkt odniesienia dla takich żuczków jak np. ja. Na razie jednak do tego nie doszliśmy. Stworzone zostały fasadowe (z omawainego punktu widzenia) instytucje centralne (państwowe organy przedstawicielskie, partie polityczne) bardzo powoli, meandrycznie rozwijają się różne instytucje społeczne; organizacje charytatywne, organizacje miłośników Kresów, drużyny ZHR, gazetki osiedlowe, ruchy obrony życia, zespoły śpiewacze czy taneczne (i znów ciekawe odniesienie do sierpniowego NP) i co tam jeszcze... Tego typu instytucjonalne punkty odniesienia rozwijają się, łączą, współpracują i sukcesywnie uwiarygodniają osoby publiczne. Jest nadzieja, że kiedyś staną się naturalnym wypełnieniem dla wyobcowującej sie fasady. Prosisz o rozwinięcie tematu możliwości. W wastwie uogólnionej bardzo dobrze wyręczył mnie los, (też dyskutowałbym z jego diagnozą stanu, ale coś w niej jest prócz wisielczego humoru), w warstwie nieco bardziej szczegółowej - wyżej przytoczona przykładowa lista różnych typów aktywności publicznej chyba dobrze pokazuje o co mi chodzi. Mówiąc, że tak naprawdę to każdy wie co należy robić miałem na myśli to co MS nazywa tu truizmem. Ale w istocie za tym kryje się zupełnie niebanalna wartość. Tą wartością jest nawyk pokazania, że można publicznie robić coś pożytecznego zupełnie bezinteresownie. Dzieciaki z mojego osiedla zbudowały na wspólnym (a więc - niczyim) skwerze rampę do rolek. Zaskakuje mnie może nie sama budowa, ale to, że rampa, co jakiś czas ulegająca dewastacji i zużyciu, regularnie się odradza i dumnie wraca do stanu używalności. Już bardziej konkretnie nie potrafię. A propos, bardzo ogromne podziękowania za trud reaktywowania Forum TomAshu. tom ash - Sro 10 Wrz, 2003 15:01 Przeważający typ aspiracji to praca (jakakolwiek, lub w wersji bardziej rozbudowanej dobrze płatna, tzn. 1000 zł netto). Wyróżniając (umownie) dwa światy, chodziło mi o rodzaj możliwego języka-idei (kodu) pozwalającego na identyfikację pozytywnego celu wspólnego. Jeśli już na chwilę zboczymy do haseł-wyróżników świata, to moim zdaniem BigBrother jest bytem wirtualnym, nie definiującym stałego typu grupy społecznej - to raczej chwilowa wspólnota ludzi zaciekawionych, usidlonych przez realizatorów programu. Świata Kasi i Tomka nie opiszę, bo to dla mnie model kulturowo zupełnie obcy, ale uważa się to za wyraz wielkomiejskiej młodej inteligencji - nie wiem, nie znam, i znać nie mam zamiaru. Natomiast Kiepscy są szerszym tematem - moja koleżanka ma zamiar o tym programie napisać pracę - i z tego co wiem, pod grubą warstwą prymitywnego, często antinteligenckiego dowcipu, zawiera nieco prawdy. Naszym dramatem (a nawet za Czesławem Bieleckim powiem, że przekleństwem polskim) jest niezdolność do przełożenia dobrej organizacji i funkcjonowania małych grup, instytucji, organizacji, firm na wyższy poziom społeczny. Chciałbym napisać, że to wina wyłącznie urzędów, podatków, komunizmu, okupacji i nie wiadomo czego. Niestety, nie jest tak, sporo winy leży w samych nas, w zaniku poczucia relacji interes osobisty - dobro wspólne, doszło w III RP do przesunięcia z "myślenia wg wartości" do "myślenia wg doraźnego zysku" brakuje nam wspólnej, dalekosiężnej wizji rozwoju - w sytuacji kiedy naprawdę potrzeba nam synergii społecznej. I obawiam się, że zatomizowane środowiska wizji takiej szerzej niż wokół swojej kanapy przedstawić nie zdołają. Trafne jest porównanie do lat 70tych, tyle, że sytuacja wtedy była nieco prostsza (paradoksalnie) - był cel, piewsza Pielgrzymka zburzyła wyobcowanie społeczne - Polacy mogli się pierwszy raz "policzyć", zobaczyć, że to co oni myśli sąsiad, kolega z pracy, itp. Natomiast po 89 sytuacja się skomplikowała, chwilowo mieliśmy prawdziwą elitę - prof. Wnuk Lipiński (ten od trylogi apostezjońskiej ) mówił o "kontrelicie" - akceptowaną przez zdecydowaną większość społeczeństwa, co było możliwe dzięki temu, że budowana była "negatywnie" wobec problemu. Natomiast w momencie, kiedy potrzeba było konkretnych recept zaczęły sie podziały, które doprowadziły do powolnej "samokolonizacji" elity - fraternizacji z postkomunistami, usunięciem się części autorytetów wobec takich postaw i powolnej marginalizacji środowisk niewygodnych. P.S. Szybszy ma większy udział ode mnie w fakcie, że funkcjonujemy obecnie w takiej formie, także podziekowania przesyłać proszę również do niego. jurrando - Czw 11 Wrz, 2003 23:25 Ad PS. Szybszy chyba doskonale zna mój afirmujący stosunek do jego walki o forum. Ja z kolei dobrze wiem, jak niezbędnie potrzebna jest mu rzetelna i systematyczna pomoc. Ad rem. Aspiracje. 1000 zł to niby bardzo konkretny konkret, ale niezupełnie o to mi chodziło. 1000 zł da się przeliczyć na konkretny poziom życia i na listę dóbr, z których trzeba zrezygnować. Z czego rezygnuje się najłatwiej, a co jest uważane za niezbędne? Praca? Nie każdy marzy o tym, by codziennie wstawać o 3 nad ranem i dojeżdżać 150 km autokarem do wielkomiejskiego supermarketu... Jakie więc jest umotywowanie osób, które się na podobny wysiłek decydują, a jakie tych, którzy je odrzucają? Czy odrzucanie tego typu możliwości nie wynika n.p. stąd, że i tak spodziewane zyski nijak się nie mają do rzeczywistych oczekiwań? To oczywiście temat dla badań socjologicznych. Pewnie nikt z nas, obecnych na forum, nie zna odpowiedzi na tak stawiane pytania. Tylko po co stawiać pytania, jeśli zna sie odpowiedź? Mój cząstkowy obraz do mozaiki. Od ładnych kilku lat pracuję w towarzystwie młodych ludzi, z których pokaźną część przywiódł do Warszawy głód wykształcenia i brak perspektyw w rejonach, gdzie dorastali. Na codzień podziwiam ich dynamizm i pozytywne nastawienie do pracy. Jednocześnie zaskakuje mnie ich bardzo niski poziom wiedzy ogólnej - od podstaw algebry po najprostsze reguły ortografii (gdzie tu mowa o conradowskich dylematach?). Zdaje się, że ich aspiracje ograniczają się tylko do sfery (niezbyt wygórowanych) wynagrodzeń. Po kilku latach pracy (zwykle równoległej do zaocznych studiów licencjackich) przenoszą się do przedsiębiorstw bogatszych w prestiż, na lepiej płatne stanowiska. Często przyjaźnią się z osobami podobnymi do siebie; mają podobne problemy, które naogół łatwiej rozwiązywać im wspólnie, więc więcej w nich chęci do pomocy niż rywalizacji. Ich względny, ale trwały sukces wiąże się manifestacją rozszerzenia aspiracji na różne dobra pozamaterialne. A w codzienności jakoś kształtuje nam się (mimo wszystkich trudności) metajęzyk porozumienia. I nigdy tak naprawdę nie wiem, ile w tym wartości nabytych, a ile wydobywanych z własnego "zanadrza". Zastanawiam się, czym oni różnią się od swoich sąsiadów, którzy nie zdecydowali się na "emigrację" wielkomiejską? Może jakością aspiracji, jakie w sobie noszą, a ujawniają dopiero po okrzepnięciu w nowym świecie, poczuciem odpowiedzialności za własną przyszłość? Czy są solą małych miast i wiosek, czy wykorzenionymi dezerterami? Tak, czy inaczej, jakoś sobe radzą, a tzw. postawy roszczeniowe to na pewno nie jest to, co stanowi ich bagaż podróżny. lata 70. Racja, w latach siedemdziesiątych wiele było spraw prostszych, nie istniały wówczas całe obszary odpowiedzialości funkcjonujące w warunkach wolności. Do tego - jednoznaczny wróg, czyli "oni". Nie istniał natomiast żaden powszechnie identyfikowalny cel (to mit) - nieliczne środowiska niepodległościowe były powszechnie traktowane jak mastodonty, jeżeli ktoś w ogóle raczył je zauważać. Czerwiec radomski miał nieporównanie silniejsze podłoże socjalne niż Czerwiec poznański. To też znak skuteczności sowieckich żaren. A czas, jaki upłynął od Sierpnia mierzy się odejściem ostatniego pokolenia dorosłych obywateli II RP. Więc skutki tego żarnowania jeszcze się pogłębiają. Stop. Czy ja się nie powtarzam?.. Na marginesie braku synergii. Właśnie tak, pełna zgoda, to jest dramat, ale dlaczego przekleństwo? Tfu, pogańszczyzna jaka, czy co? Otis Tarda - Pią 12 Wrz, 2003 11:27 Od ładnych kilku lat pracuję w towarzystwie młodych ludzi, z których pokaźną część przywiódł do Warszawy głód wykształcenia i brak perspektyw w rejonach, gdzie dorastali. Na codzień podziwiam ich dynamizm i pozytywne nastawienie do pracy. Jednocześnie zaskakuje mnie ich bardzo niski poziom wiedzy ogólnej - od podstaw algebry po najprostsze reguły ortografii (gdzie tu mowa o conradowskich dylematach?). Jurrando, nie chcę być złośliwy, ale czy widziałęś ostatnio ogłoszeni typu: aboslwenta socjologii zatrudnię, wymagana dobra umięjętnosć posługiwania się językiem polskim. Znajomość Platona i Arystotelesa będzie dodatkowym atutem. TLMaxwell - Pią 12 Wrz, 2003 13:24 Jurrando, nie chcę być złośliwy, ale czy widziałęś ostatnio ogłoszeni typu: aboslwenta socjologii zatrudnię, wymagana dobra umięjętnosć posługiwania się językiem polskim. Znajomość Platona i Arystotelesa będzie dodatkowym atutem. :roll: Szanowny Otisie, być może ja jestem człowiekiem starej daty, choć za zgreda się nie uważam, ale jeśli ktoś ma ambicje większe niz jedynie robienie kariery w wyścigu szczurów, to powinien wykazywać zaintersowanie kulturą, sztuką, literaturą i mieć na ten temat wyrobione własne zdanie (nie chodzi mi o dysputy filozoficzne, dotyczące Platona i Arystotelesa, czy rozhoworki literaturoznawcze odnośnie "W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta, to pozostawmy filozofom, krytykom literackim i snobom). Otis Tarda - Pią 12 Wrz, 2003 13:44 Ok... teraz już może bez sarkazmu. Nie wiem czy znasz taką książkę Kirsta "Fabryka oficerów"? Rzecz dzieje się w 44 roku, coraz więcej oficerów niemieckich ginie na Wschodzie , trzeba więc organizować przyspieszone kursy, wykształcić kandydatów i posłać na front. Ot, taka produkcja oficerów, bez żadnych tam niepotrzebnych rzeczy typu "honor" "godność" czy "pruski duch". Moim zdaniem obecna sytuacjaa jest odrobinę zbliżona: odrodzona kapitalistyczna ojczyzna potrzebuje nowych kadr (które, jak wiadomo, decydują o wszystkim) - bankowców, marketingowców, prawników; MBSZ (moim bardzo skromnym zdaniem ) ani korporacjom, ani firmom państwowym, ani kopalniom, ani hutom, ani drobnym przedsiębiorcą nie są potrzebni pracownicy interesujacy się czymkolwiek poza pracą. Zatem, skąd niby miałyby się wziąć owe ambicje? Ze szkoły? Nie obrażając niczym nauczycieli, do owej profesji idzie mnóstwo ludzi przypadkowych - i śmiem twoerdzić, że to oni właśnie znajdują zatrudnienie. A może z domu? No, już prędzej. Pragnąłbym jednak zauważyć, że - co ustaliśmy już poprzednio - polskie elity zostały cokolwiek przetrzebione. A wykształcenie nowych to sprawa kilku pokoleń. Nie chcę uznać się za przypadek typowy, ale w mojej rodzinie dopiero moi Rodzice zdobyli wyższe wykształcenie - mimo iż "pęd ku wiedzy" rysował się co najmniej od moich pradziadków. Przypuszczam, że elitą (choćby i lokalną) będą najwcześniej moje dzieci. 4 pokolenia to jednak kawałek czasu. I tyle. tom ash - Pią 12 Wrz, 2003 14:56 ad. jurrando - skąd to "przekleństwo"? Uznałem znacznie profetycznej wizji ostatniego odcinka serialu "Alternatywy 4", co historiozoficznie zbliżyło mnie do przekonania Bieleckiego o tym, że autodestrukcyjny sposób funkcjonowania Polaków jako społeczeństwa nie jest uwarunkowany wyłącznie czynnikami zewnętrznymi (historia, geografia, itp.), ale w znaczącej części wynika z naszych "cech narodowych" - określonych hasłowo jako ''przekleństwo polskie'. TLMaxwell - Pią 12 Wrz, 2003 15:04 (...)A może z domu? No, już prędzej. Pragnąłbym jednak zauważyć, że - co ustaliśmy już poprzednio - polskie elity zostały cokolwiek przetrzebione. A wykształcenie nowych to sprawa kilku pokoleń. Nie chcę uznać się za przypadek typowy, ale w mojej rodzinie dopiero moi Rodzice zdobyli wyższe wykształcenie - mimo iż "pęd ku wiedzy" rysował się co najmniej od moich pradziadków. Przypuszczam, że elitą (choćby i lokalną) będą najwcześniej moje dzieci. 4 pokolenia to jednak kawałek czasu. I tyle. Problem w tym, że obaj przyjmujemy inne pojęcie słowa "elita". Dla mnie nie jest elitą ani człowiek leżący na pieniądzach i myślący jakby jeszcze tu zdobyć "kasiorę", albo bubek, który siedzi 5 dni w robocie i myślący tylko kategoriami tej roboty. To nie są elity. Elitą są ludzie, którzy przede wszystkim mają twardy kręgosłup moralny, dążący do rozszerzenia swoich horyzontów, zdobywający wiedzę o świecie, szanujący innych i brzydzący się chamstwem. To jest wg mnie elita. Otis Tarda - Pią 12 Wrz, 2003 15:48 Według mnie też jurrando - Pią 12 Wrz, 2003 16:39 ...wynika z naszych "cech narodowych" - określonych hasłowo jako ''przekleństwo polskie'. Dzięki za wyjaśnienie, oczywiście sie z tym zgadzam. Natomiast po prostu nie lubię określenia "przekleństwo", które oswaja nas na co dzień z myśleniem magicznym o otaczającym nas świecie. TLMaxwell - Pon 15 Wrz, 2003 14:29 To są, Thinie, elity moralne, jak najbardziej niezbędne. Ale oprócz takich elit sa potrzebne także inne - np. zawodowe, kulturalne, polityczne... Oczywiście nie można być w elicie zawodowej, jednocześnie olewając etykę własnego zawodu, zdażają się jednak osoby, które dysponując zupełnie elitarną postawą moralną, do elit n.p. zawodowych nie należą. Moim zdaniem jest tylko jedna elita, właśnie elita moralna, co nie wyklucza, że ktoś należący do takiej elity jest jednocześnie dobrym twórcą, autorem czy po prostu człowiekiem sumiennie wykonującym swoją pracę. Tym czymś co wyróżnia elitę jest coś, co określa się jako klasa. Człowiek z klasą to ktoś kto w każdej sytuacji potrafi się zachować i nie wstydzi się swojego zachowania. A jak ma wyglądać człowiek z klasą i sama "klasa", to wpisałem wcześniej w tym temacie, korzystając nieco z wypowiedzi Kolegi Zaprzeczacza z frondowego forum. MS - Pon 15 Wrz, 2003 16:24 Pięknie, zatem pojęcie elity mamy już przegadane, teraz musimy jeszcze ustalić co oznacza: - naród - społeczeństwo - religia - polska religijność - Historia Dlatego jako prosty wyrobnik komputerowy proponuję powrót do głównego nurtu wypowiedzi jurranda. Nie rozumiem dlaczego uważasz, że reforma sądownicza w Polsce jest wystarczająca, a reszta się już sama ułoży, ale nie trzeba się w tym momencie o to spierać. Problem reformy sądownictwa jest dlatego tak trudny że najpierw trzeba rozwalić obecny układ mający charakter kliki a następnie znaleźć renegatów, których rękami się stworzy nowe struktury. Problem jest aby takich uczciwych renegatów myślących w kategoriach dobra wspólnego, prawdy czy państwa odszukać, następnie stworzyć odpowiednią siłę, która przygotowane zmiany przeprowadzi, a cały czas w przypadku działań z odkrytą przyłbicą nasz od początku możnych i wpływowych wrogów. Moje pytanie do Ciebie jest następujące: Chodzi Ci o zmianę sposobu stosowania prawa w Polsce, jego literę czy wszystko razem? jurrando - Sro 17 Wrz, 2003 22:30 MS-sie, przypominam - nie mam żadnego pomysłu, jak wprowadzić w życie mój główny postulat. Wierzę jednak, że w realnym świecie występują tacy, którzy takie pomysły mogliby mieć. Jako zwykły "żuczek" jedyne, co mogę zrobić, to zwrócić uwagę na ten problem innych podobnych żuczków. W końcu to my jesteśmy (grupowo) klientami "wielkich" polityków, dziennikarzy i innych specjalistów i w jakiejś synergii być może udałoby się coś konkretnego na nich wymóc. To nie jest aż tak proste, że każdy mały Kazio coś tam sobie na boku wymyśli i to będzie realny program. Ale już możliwości choćby redakcji NP są nieporównanie większe. Jedyne, na co konkretnie zwróciłem uwagę to problem osobistych konsekwencji wynikających z jakości ferowanych wyroków. Często jest tak, że ludzie nie poddani skutecznej kontroli pracują gorzej niż kontrolowani. Kontrola w sądownictwie polega głównie na możliwości odwoływania się podsądnych do wyższych instancji. Są tu dwa problemy. Jakości pracy sądów wyższej instancji oraz konsekwencji, jakie w praktyce ponosi sędzia (sędziowie), którego wyrok został uchylony. Gdzieś w na końcu majaczy problem kontroli najważniejszych kontrolerów, czyli Sądu Najwyższego; czy obecny system powoływania sędziów SN jest właściwy (naprawdę - nie wiem!)? Ale też niewykluczone,że rewolucja w sądownictwie może być dziś "rewolucją bez rewolucji"! Do tego jdnak potrzeba programu oraz tzw. społecznej akceptacji. Osobnym tematem jest dostępność usług prawniczych dla "zwykłego człowieka". Ten problem już został zauważony w przestrzeni publicznej, a działania PiS to ważny krok we właściwym kierunku i należy wyrazić nadzieję, że nie ostatni. Zagadnienie jakości pracy prokuratury, zdaje się, że z dużą moca wybuchnie już zaraz... A tak na marginesie, MS-sie, proszę, próbuj dokładnie czytać, co piszą inni. NIE NAPISAŁEM, że "reforma sądownictwa w Polsce jest wystarczająca", twierdzę tylko, że bez niej w ogóle nie można mówić o jakimkolwiek funkcjonowaniu Rzeczypospolitej. Nic się "samo nie układa", "jako grzmi samo i samo się błyska". Wiara, że coś się "samo ułoży" leży u podstaw większości porażek. Po co pisać i po co dyskutować, jeżeli partnerzy nie wkładają wysiłku w czytanie? Może powinieneś jeszcze wrócić do wcześniejszych wpisów? tom ash - Pon 22 Wrz, 2003 20:31 Może jeszcze nieco o elitach, a dokładniej o warunkach, jakie powinny byc spełnione aby ich kształtowanie się było możliwie najlepsze. Nieco już na ten temat napisaliśmy, ale właśnie odkryłem, że całkiem trafnej syntezy naszych poglądów dokonał jeszcze w czasie okupacji prof. Stanisław Ossowski (typ człowieka rzadko spotykany - uczciwa i przyzwoita osoba o poglądach lewicowych) w analizie "Ku nowym formom życia społecznego" z 1943 roku, gdzie postulował stworzenie: "(...)warunków sprzyjających jak najswobodniejszej dynamice w doborze elit, tzn. warunków, przy których uczestnictwo w czynnym budowaniu kultury, tudzież zajmowanie stanowisk kierowniczych w życiu społecznym byłoby uzależnione tylko od osobistej aktywności, uzdolnień i kwalifikacji moralnych poszczególnych jednostek, przy czym droga do takich ról społecznych byłaby w jednakowy sposób otwarta dla wszystkich warstw narodu". Myślę, że do tej definicji-celu trudno coś dodać - mamy tutaj klarowny postulat społecznie otwartego procesu (ciągłego) powstawania elit opartych na wartościach - a chyba taka konstrukcja jest wynikową naszych spojrzeń w tej mierze. Gość - Nie 12 Paź, 2003 15:03 Krzykacze w Krzykaczach, czyli jak powiesić sąsiada... Relacja z Pola Bitwy, czyli co się na sesjach naszych działo Seksafera czyli nowe "taśmy prawdy" Michalkiewiczgate - czyli zamach na Wolność Słowa Aborcja, czyli morderstwo na życzenie IV RP- najwyższy czas tej idei nadać rozmach! Środowisko IV RP a niepodległość dla Tybetu UPR z LPR i Prawica RP? Orwellowska IV RP [STAR WARS] Epizod III i 1/2 Noc III Zbrojownia i Zasady Walki A może warto porozmawiać? [Aliens] Spokojnie to tylko awaria... LIBERALIZM Skupisko wiadomości z grup dyskusyjnych , Index Linki, |