|
Kmil - 2007-07-09, 00:12 Johan biegnie poprzez mroczne korytarze. Biegnie ile sił w jego 10-cio letnich nogach. Z tyłu za nim pogoń nie ustawała. Zajadanie ogarów i nawoływania strażników odbijały się echem od metalowych ścian pokrytych korozją. Lampy oświetlające korytarz migały szaleńczo. Zapach potu i krwi przyprawiał go o mdłości. Już prawie nie mógł oddychać, czuł się jakby jego płuca były pełne igieł. Ogniska bólu wyczuwał w coraz to nowych miejscach na ciele, tych zdrowych nie zostało mu już wiele. Noga w której wciąż tkwił odłamek szkła poddała się i chłopiec upadł boleśnie na zimną podłogę zdzierając skórę i tłukąc kolano i łokieć, jego nagie ciało drgało z zimna, bólu i zmęczenia. Cierpienie stało się nie znośne do tego stopnia, że sporym wysiłkiem siły woli zmusił się do otwarcia zaciśniętych powiek. Rozmazany obraz zaczął nabierać ostrości aż rozpoznał miejsce, już tak blisko, już prawie koniec. Z nowymi siłami podniósł się na kolanach i zaczął czołgać się dalej. Chwilę później jego ręce oparły się o ścianę, która kończyła korytarz – ślepy zaułek. Na twarzy pojawiła się ulga, jego usta wygięły się w uśmiechu. Zza pleców dobiegło go warknięcie. Znowu zawładnął nim strach, odwrócił głowę i znów ujrzał dwie mroczne bestie. Wielkie psy których zastygnięta ślina tworzyła sople sięgające prawie ziemi. Ich pyski całe umazane były we krwi. Brudne, zaniedbane, liniejące i ropiejące ciała z czerwonymi ślepiami przygotowywały się do skoku. Johan pospiesznie skulił się w kącie, odwrócił twarz w stronę ścian. Chcę do domu, do domu… Ogary skoczyły jednocześnie… -Nowy Jork o tej godzinie jak zwykle tętni życiem i każdy śpieszy się z pracy do domu. Ruch na ulicach jest utrudniony. Omijajcie centrum, bo utkniecie w korkach. Jest piątek, 24 stycznia. Mamy godzinę 16:30, temperatura na zewnątrz wynosi 2 stopnie i wciąż spada. Tak wiem, ja też czekam na wiosnę. Na razie tyle informacji, życzę wam szczęśliwych powrotów do domu a teraz zapraszam na utwór zespołu Queen – We will Rock You…- Kierowca taksówki wyłączył radio. Chyba woli wsłuchiwać się w klaksony samochodów. Sam dał sobie upust parę razy wysyłając w chaos uliczny przeciągnięte sygnały. Widocznie to było mu mało, bo wychylił się jeszcze przez okno i dodał parę obraźliwych uwag. Audrey poczuła się zdegustowana. Nerwowo spojrzała na zegarek. – Cholera, spóźnię się na uczelnie – Nerwowo przeczesała swoje kasztanowe loki i zaczęła przeglądać się w małym lusterku do makijażu wyjętym z torebki. Widocznie niezadowolona z tego, co ujrzała, zaczęła wyciągać resztę przyborów i poprawiać brwi. W zasadzie to nie mogła za bardzo narzekać, Duże, zielone oczy po matce Szkotce i śliczna cera po ojcu elegancko komponowały się z pełnymi ustami tworząc nad wyraz ładną buzię. Miała 20 lat całe życie przed sobą. – W przyszłości będę ratowała życie, wiele żyć.- Myślała. Od dziecka marzyła, aby zostać pielęgniarką i jej marzenia miały się spełnić. Jeżeli tylko ta głupia taksówka ruszy wreszcie. Nienawidziła zajęć popołudniowych, ponieważ wieczorem była zbyt zmęczona, aby spotkać się z ukochanym Matthew. Rozmarzyła się wspominając ostatnie intymne chwile z nim spędzone. Z zamyślenia wyrwało ją stuknięcie o szybę tuż koło niej. Dziewczyna zlękła się nie na żarty. Mężczyzna dobijający się do samochodu był młody a jego mina zdradzała najgorsze intencje. Przejechał nawet palcem wskazującym po szyi ruchem poziomym. Taksówkarz ruszył z piskiem opon, zostawiając napastnika z tumanem kurzu. - Czy nic się panience nie stało?- Zapytał zatroskany. – Takich debili jest w mieście coraz więcej.- - Nic się nie stało. Przestraszyłam się tylko to wszystko.- Wydawało się jej to dziwne, była przekonana, że nigdy wcześniej nie widziała tej twarzy. Nie wiedziała, że najdziwniejsze miało dopiero nastąpić. W tym samym czasie, parę ulic dalej, Edward Paterson próbuje się obudzić. Łapie się zgiełku ulicznego dochodzącego z zewnątrz niczym tonący tratwy, ale koszmar nie pozwalał mu tak łatwo uciec, ciągnął go w dół, męczył… -… tato! Nie! Dlaczego?! Ja nie rozumiem…- Głos małej dziewczynki dobiegał go z otchłani, następnie odgłos dzwoniących łańcuchów i szyderczy chichot. -… do zobaczenia Edwardzie.- Usłyszał znajomy głos swojej żony. Te słowa wyrwały go ze snu. Podniósł się z podłogi i zapalił lampkę. Był przemarznięty i spocony. Wypity przed snem alkohol dawał o sobie znać. Pokuj był w tragicznym stanie. Nie dosyć, że obskurny to jeszcze zaniedbany. Przypomniał sobie ostatnie słowa ze snu… nie, to już było po przebudzeniu. Zaczął się rozglądać po pokoju, po chwili znalazł telefon pod stertą papierów. -O, a to coś nowego…- Pomyślał patrząc na wiadomość na sekretarce, nagraną chwilę temu. Włączył odtwarzanie. - Edwardzie? To ja Sara, odbierz… …dzwonię, bo chcę z tobą porozmawiać. Mam już dosyć…, co się z nami stało? Przecież było nam tak dobrze. Chcę wszystko naprawić, a jak się nie da, to zacząć od nowa. Angelika wciąż pyta o ciebie, ma problemy w szkole. Nasze rozstanie jej nie służy… i mi zresztą też nie. Tęsknie za tobą. Słyszałam, że wyrzucili cię z pracy… nie martw się, tata powiedział, że znajdzie coś dla ciebie w firmie. Przyjdź jutro do domu. Naszej córki nie będzie, więc porozmawiamy spokojnie. Kończę prace o 15. Więc zorbie obiad na 16. Mam nadzieję, że przyjdziesz. Do zobaczenia, Edwardzie.- Zastanawiał się, co to wszystko ma znaczyć? Taka nagła zmiana nastawienia? Może to mu jest właśnie potrzebne. Spojrzał na papiery w ręce… no tak, rachunki, czynsz za zeszły miesiąc. Zaczął się zastanawiać, co powinien zrobić. Praca u teścia to jest jakieś rozwiązanie problemów. Ale co ja jej jutro powiem? „Dzięki kotku, że chcesz abym wrócił, a tak przy okazji możesz pożyczyć mi parę stówek?” Zaśmiał się i usiadł na fotelu. Czuł się jeszcze bardziej zmęczony niż przed snem. Edward Paterson Rozłożył się wygodniej w fotelu. Jego wzrok zaczął błądzić w poszukiwaniu jakiejś flaszki, ale niestety niczego nie namierzył a wstać nie miał siły. Podrapał się po nieogolonej brodzie i jego wzrok ponownie spoczął na telefonie. - To jest jakiś koszmar, po jaką cholerę ona do mnie dzwoni? – Pomyślał, dalej wpatrując się w telefon. – Przecież to nie ma najmniejszego sensu, teraz, po tym wszystkim, przecież jestem wrakiem, a zresztą sama tego chciała, to był jej wybór. – Złapał się za głowę i zaczął lekko masować. Ponownie rozejrzał się po pokoju. Obraz nędzy i rozpaczy. Walające się butelki, kartony po jedzeniu, papiery, przepełnione popielniczki. Tak jak jego życie. Próbował wstać. Lekko się zachwiał, ale ustał. Podszedł do telefonu i jeszcze raz odsłuchał wiadomość. Wspomnienia wróciły. Złapał się za głowę. Nie chciał ich, jakaś siła kazała mu je wyprzeć. - Muszę się czegoś napić! Muszę! – Gorączkowo zaczął miotać się po pokoju w poszukiwaniu alkoholu. Niestety, nic nie zostało. Upadł na podłogę, zwinął się w kłębek jak dziecko i próbował się opanować. - Ale dała mi szansę do cholery, kretynie, obudź się, nie widzisz tego ty żałosny dupku! – Myśli zalewały głowę – Spróbuj chociaż, weź się w garść, może los się do ciebie uśmiechnął, nie masz pieniędzy, rodziny, przyjaciół, staczasz się, doprowadzasz do samounicestwienia. Spróbuj! – Ból do nie zniesienia. Podczołgał się do telefonu. Ledwie podniósł słuchawkę i drżącą ręką wystukał numer. Jeden sygnał. Drugi. Ból, jezu jak boli! Trzeci... - Tak, słucham? – Jej głos w słuchawce. - Przyjdę. – Wyszeptał i przerwał połączenie. Z słuchawką w ręku, leżąc na wznak, ponownie usnął. Nawet nie zauważył, kiedy jego twarz zrobiła się mokra od łez. Matthew Winder Od paru chwil po ulicach niósł się sygnał starającego przecisnąć się przez korek wozu strażackiego. Duża ciężarówka, z drabiną na dachu, miała nie lada problem z omijaniem aut zbitych w ciasne gromadki to przy jednej, to przy drugiej krawędzi ulicy. Siedzący w tyle kabiny Matt przyglądał się przez szybę zjeżdżającym z drogi autom. Szczególnie zainteresowała go blondynka kierująca małą Toyotą, próbująca w kaleczny sposób uciec na pobocze przed nadjeżdżającym czerwonym kolosem. Gdy ją minęli, odwrócił wzrok kręcąc głową z politowaniem. W radiu puścili „We will rock you” Queenów. „Co za ludzie…” – pomyślał. Właśnie jechali do wezwania – jakiś koleś, cholera wie po co, wlazł na gzyms budynku. I teraz nie potrafi, albo może wcale nie chce, zleźć na ziemię. Gdy zajechali na miejsce, pod sześciopiętrowym budynkiem stał już, jak zwykle gdy się coś dzieje, całkiem spory tłum gapiów. Mężczyzna, którego mieli ściągnąć siedział na wysokości piątego piętra, kurczowo trzymając się rynny. - Na prawdę trzeba mieć niezła wyobraźnię, żeby tam wleźć. W takie zimno... – stwierdził Matt puszczając z każdym słowem kłąb pary z ust. Dowódca machnął tylko ręką. - Rozkładaj drabinę, ściagniemy go raz-dwa i tyle. Mechanizm drabiny działał wcale szybko, jednak parę chwil zajęło zanim jeden ze strażaków znalazł się przy niedoszłym samobójcy. Matt te parę chwil poświęcił na szybki przegląd perspektyw na wieczór. Miał na coś ochotę. A właściwie na kogoś... „Nie tak powinien wyglądać początek weekendu, że jedno pracuje, a drugie ma wieczorne zajęcia. O tej porze ludzie powinni mieć wolne, żeby móc być ze sobą...” – myślał. „A może... może po robocie odbiorę ją z zajęć? Taak, wezmę auto i zrobię jej niespodziankę!” – mimo niskiej temperatury zrobiło mu się cieplej na myśl o spotkaniu. Na chwilę, co prawda, dopadła go wątpliwość, czy zdąży. Jednak uznał szybko, ze taki drobny szczegół nie może zniweczyć jego planów na dziś. Oparł się o wóz, wyraźnie zadowolony z pomysłu na jaki wpadł. Może to nie będzie całkiem zmarnowany piątek? Bob Smith Bob Smith zaraz po obudzeniu się, zrozumiał, że coś jest nie tak. Miejsce, w jakim się znajdował w niczym nie przypominało jego pokoju, w którym zasnął. – A więc śpię – Pomyślał. Ale wszystko wydawało się być takie realne. Jego wszystkie zmysły działały niezawodnie. Zapach gnijącego dywanu, na którym leżał i wilgoć w powietrzu sprawiały, że chciało mu się rzygać, ale niemiał czym. Podniósł się na nogi i o mały włos znowu nie upadł gdyż smród przyprawiał go o zawrót głowy. – Gdzie ja jestem? – Rozejrzał się i stwierdził, że znajduje się w korytarzu jakiegoś starego i bardzo obskurnego hotelu. Z lewej strony okna a z prawej, drzwi. Wszystko pokryte pleśnią, ze ścian zwisają odklejone do połowy tapety w bardzo kiepskim guście. Za najbliższym oknem świeci na różowo jakiś neon z niezrozumiałym napisem. Pozatym reszta widoku z stamtąd spowita jest nienaturalnie gęstą mgłą, a może te szyby są takie brudne. Spojrzawszy w jedną i drugą stronę korytarza odkrył, że giną one w ciemnościach, gdyż z wszystkich lampek paliły się tylko te najbliżej niego. – To może drzwi? – Pomyślał. – Tylko które? Jest ich tak wiele, i jedne koło drugich. Może po prostu powinienem spróbować się obudzić? – W powietrzu unosiło się coś jeszcze – stęchły dym papierosowy… Edward Paterson Pobudkę poprzedził skurcz żołądka. Całym ciałem wstrząsają drgawki. Organizm jest przemęczony i niedożywiony. Sen od paru dni nie przynosi ukojenia. - Dlaczego jest tak jasno? O cholera to już jest dzień? Jak ja długo spałem? – Spojrzał na zegarek, godzina 14 w południe. - Niemożliwe, prawie 24 godziny snu i wciąż czuje zmęczenie. No tak, poprawka, 24 godziny koszmaru. Tylko o co w nim chodziło?- Bezskutecznie próbował przywrócić do pamięci majaki senne. Jedyne, co pamiętał to syreny straży pożarnej, ale te mu się chyba nie śniły. - Za dwie godziny muszę spotkać się z Sarą, lepiej abym zaczął się przygotowywać.- Matthew Winder - Jeszcze półtorej godziny i kończę tą zasraną piątkową służbę. A za dwie godziny będę znowu z nią. Może uciekniemy gdzieś za miasto, na ten parking na wzgórzu, co całe miasto z niego widać… - Pogrążony w rozmyślaniach nie zauważył, że drabina, którą czyścił nie mogła być już bardziej lśniąca. - Tak. Muszę w inny sposób zakończyć ten parszywy dzień. Ciarki mnie przechodzą gdy tylko sobie przypomnę twarz tego człowieka co go z rynny ściągnęli. Zupełnie jakby tam się wspiął w obawie przed czymś. Ludzie z psychiatryka od razu go zabrali. Ale już niedługo to wszystko będzie za mną, a przede mną tylko Ona…- Z głębokich rozmyślań wyrwał go ryk syreny strażackiej. Obok niego przebiegł Roy – kumpel z drużyny. W biegu zakładał kombinezon. - Zostaw te drabiny! Akcja!! Nareszcie prawdziwy pożar!! Jyyyhhhaaaa!!!!! – Krzyknął. - Spokojnie, powiedz mi co się pali? – Zapytał podekscytowany Matthew. - Uczelnia medyczna…- - … - Matthew Winder ________________________________________ Matt stanął osłupiały. Niedowierzał własnym uszom. „Uczelnia... Jezu!, Audrey!” – spadło jak grom z jasnego nieba. Zostawił drabiny, które czyścił, szmaty cisnął gdzieś w kąt i poleciał w kierunku z którego przybiegł Roy. „Przebrać się” Pospiesznie zapakował się w kombinezon, zabrał osprzęt, nałożył hełm i pobiegł na miejsce zbiórki. Nie było czasu. Syrena wyła nieznośnie. Przy wozach kapitan już wydawał rozkazy - wyjeżdżały dwa, z drabiną oraz gaśniczy. - Panowie! Nie ma teraz czasu na szczegóły. Wsiadamy do wozów, dowódcy drużyn wytłumaczą wszystko w drodze! – strażacy pospiesznie załadowali się do aut. Matt ze swoją drużyną wsiadł do wozu z drabiną. Po chwili po mieście rozniósł się sygnał jadących wozów straży pożarnej. Kapitan, dowódca drużyny Matt’a, tłumaczył w drodze szczegóły. Płonące piętro, szybko rozprzestrzeniający się ogień... Matt jednak nie słuchał. W głowie miał tylko jedną myśl – żeby nic się jej nie stało. Zauważył, że trzęsą mu się ręce. „Muszę się uspokoić! Jestem zawodowcem!” – myślał gorączkowo. „Na pewno wszystkich ewakuowali. Wyprowadzili ją, jest bezpieczna.” - tego musiał się trzymać. Przypomniał sobie dzień, gdy był z Audrey na jej uczelni. Musiała coś wtedy załatwić, zabrała go ze sobą. Rozmawiali o głupotach, potem ona podjęła temat jego pracy. Lubiła wypytywać o różne szczegóły. Prowadząc go przez korytarze wypytywała o procedury w razie pożaru, o normy przeciwpożarowe, biorąc za przykłady wiszące na ścianach gaśnice, fluorescencyjne oznaczenia czy gaśnicze węże... Nie lubił pytań w stylu „A co by było, gdyby był pożar?”, jednak figlarny uśmiech Audrey nie pozwalał mu się złościć. Przyglądał się temu, co mu pokazywała i odpowiadał. Teraz miał nadzieję, że coś jej z tej wiedzy zostało... Te myśli uspokoiły go nieco. Odetchnął głęboko. - Kapitanie... – odezwał się w końcu – Czy wszystkich ewakuowano z budynku? - Nie wiem... A czemu pytasz? – kapitan odwrócił się w jego stronę. Matt przygryzł wargę. - Bo tam studiuje moja dziewczyna... Matthew Winder Kapitan Henry Watson, gdy pierwszy raz brał udział w gaszeniu pożaru, poznał swego przełożonego Boba Windera w samym centrum Inferna. Było to w 1975 i miał wtedy 25 lat. Do dzisiaj dziękuje Bogu za to spotkanie, bo inaczej nie dożyłby 26 roku. Dzisiaj sam jest kapitanem i dowodzi grupą, w której oprócz dwóch innych młodych żyć musi jeszcze uważać na syna Boba. – Mam tylko nadzieje, że nie będę musiał dzisiaj spłacać długu życiowego. – Pomyślał i obleciał go strach, niepewność a może dziwne przeczucie. – Jego dziewczyna tak? Musze szczególnie go pilnować. Niepotrzebna nam tutaj nowych bohaterów, bo wszyscy poprzedni są albo w szpitalu, albo na cmentarzu. – Kontynuował rozmyślanie. - Nie wiem, co mam Ci odpowiedzieć chłopcze. Mam nadzieję, że jest bezpieczna. Pamiętaj, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby pomóc tym ludziom, nie mniej i nie więcej.- Odparł. - Nie mam informacji na temat ewakuacji cywili. Zgłoszenia napływały od przechodniów i mieszkańców pobliskich kamienic. Ale na pewno udało Jej się uciec. – Próbował pocieszać Matta. – Nie mogę mu powiedzieć tego jak źle to wszystko wygląda. Chyba nie bardzo się przysłuchiwał, gdy chwilę temu omawiałem szczegóły. Może lepiej, aby sam się przekonał.- Dodał w myślach. Przez pierwszych pięć minut wozy strażackie pędziły przez miasto z wielką prędkością, lecz potem z trudem przepychały się przez tłok uliczny. Im bliżej pożaru tym gorzej. Po kolejnych dziesięciu, które zdawały się Mattowi wiecznością dotarli na miejsce. Przez ten czas chłopiec miał już gotowych 100 najgorszych scenariuszy odnośnie tego, co mogło się stać. Z wozu pierwszy wyskoczył kapitan, spojrzał w stronę wroga i zamarł. Niewiadomo czy z szacunku czy z przerażenia. Roy wpakował się na niego z rozpędu. - Matko boska.- Wyjęczał Henry. - O k**wa jego mać…- Dodał swoje Roy. Matthew także obrócił głowę w stronę łuny światła i żaru. Jego oczom ukazał się obraz, którego nigdy nie zapomni. Lewe skrzydło budynku stało w płomieniach całkowicie, gigantycznych rozmiarów ogień trawił wszystko z niesamowitą siłą, podniesiona temperatura była wyczuwalna nawet w miejscu, w którym stali strarzacy. Dym przesłaniał większą część nieba, drażnił nozdrza i kuł w oczy. Płomienie rozprzestrzeniały się przerzucając na centralną część budynku. Ryk pożaru był na tyle donośny, że od tej chwili musieli do siebie krzyczeć. Przywodził na myśl odgłosy wielkiej bestii wyzywającej swego przeciwnika. W jednej chwili młodzieniec zdał sobie sprawę z tego, że nigdy jeszcze się tak nie bał. Mimo wszystko ku swemu zaskoczeniu z zimną krwią zaczął oceniać sytuacje. Najpierw rozejrzał się za punktem ewakuacyjnym, gdzie powinni zebrać się wszyscy ludzie, którym udało się uciec z budynku. Odnalazł je po chwili, ale niestety było zupełnie puste, ani jednej osoby. Perspektywy gaszenia także wyglądały nie ciekawie. Uczelnia ogrodzona była murem i parkiem, wozy będą musiały się nieźle namanewrować zanim zbliżą się dostatecznie. Z rozważań wyrwało go krzyknięcie kapitana: - Ok.! Mamy rozkazy! W środku są prawdopodobnie jeszcze cywile! Musimy spróbować ich odnaleźć i walczyć z ogniem od środka! To dziwne, ale główne wejście jest zabarykadowane więc wejdziemy oknem! Roy! Ty prowadzisz, zlokalizuj węża i gaśnice! Matthew ty idziesz za nim, ja i Loyd będziemy tuż za wami! Ruszamy!!- W głowie Matta wirowało, był zupełnie oszołomiony, czy to adrenalina? Edward Paterson ________________________________________ Próbował myśleć. Co robić? Co robić? Mam dwie godziny, a wyglądam niezbyt wyjściowo. Wstał, lekko zakręciło mu się w głowie. Złapał kierunek. Łazienka. Obijając się o stolik, wręcz wleciał do niej. Zatrzymał się na umywalce. Spojrzał w lustro. Spoglądała na niego twarz umęczonego człowieka: rozczochrane, brudne włosy, podkrążone oczy, kilkudniowy zarost, mętny wzrok. I tak miał się pokazać Laurze. No nic, trudno, za mało czasu, nie ogarnie się, a zresztą to i tak nie ma znaczenia. Czego ona odemnie chce? Odkręcił wodę i lekko spłukał pierwsze zmęczenie z twarzy. Przylizał włosy. Wziął aspirynę z apteczki, jeszcze jedna na szczęscie została. Następnie na szybko przebrał się w jakiś pierwszy znaleziony łach, równocześnie szukając czegoś do picia, czegokolwiek. Nic. Zajrzał do lodówki. Jest mleko, lekko stare ale może być. Otworzył i wypił do dna. Troszkę lepiej. trzymaj się chłopie, jeszcze trochę. - Pomyślał. Spojrzał na zegarek, zostało mu gdzieś godzina-dwadzieścia czasu. Jak teraz wyjdzie to jeszcze zdąży. Podszedł do drzwi frontowych. Pogrzebał w kieszeniach w poszukiwaniu jakiś pieniędzy. Znalazły się jakieś drobniaki. Dotknął klamki i zatrzymał się w takiej pozycji: Jezu, boję się, po co ja tam idę, przecież to nie ma sensu. Lepiej może do baru, może spotkam kogoś kto mnie zasponsoruje i zapomnę o tym wszystkim, tak może będzie lepiej. Nie wiem, ku... nie wiem. Nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Zamknął za sobą i skierował swój chybotliwy krok ku wyjściu na ulicę. Gdzieś w oddali znowu dało się słyszeć jęk syreny strażackiej. - Hmm, może u niej się pali? - Pomyślał, zapalając papierosa i ciskając niedogaszoną zapałkę w kąt. Matthew Winder ________________________________________ „Cywile w środku... Ooch...” - westchnął w myślach wysłuchując rozkazów. Mimo oszołomienia ogromem pożaru, zamętu w głowie i dziwnego ssania w żołądku, myślał dosyć trzeźwo. Wiedział, że to będzie trudna akcja. Trudna, bo długa. Tego ognia nie da się ugasić, ot tak, polewając trochę wodą... Formułując w głowie swoje trzeźwe osądy, nie zauważył nawet, kiedy ponownie się wyłączył. Na właściwy tor przestawiło go dopiero klepnięcie w ramię. Widać Roy przejał się jego zamyśleniem.. - Nie martw się stary, jakoś to będzie. Damy radę. – Roy uśmiechnął się pokrzepiająco i pociągnął Matta za sobą. Przed wkroczeniem do budynku musieli się przygotować. Butle z tlenem, maski, podręczne gaśniczki... Czwórka strażaków pospiesznie kompletowała ekwipunek, który ze sobą przywieźli. Chwilę potem biegli już z drabiną w stronę akademii. Po drodze mijali członków drugiej drużyny z remizy, którzy podłączali węże do hydrantów stojących na zewnątrz. To dawało choć cień nadziei, że przynajmniej trochę spowolnią ten piekielny pochód ognia... Tak jak mówił kapitan, nie mogli wejść przez główne wejście. Było zablokowane. W tej chwili Matt nie zastanawiał się dlaczego. Nie było czasu. Musieli podstawić drabinę pod najbliższe okno i dostać się do środka przez wybitą szybę. W środku panowała nienaturalna cisza. Aż męcząca, w porównaniu do ryku na zewnątrz budynku. I temperatura była niższa. Czuli to nawet w kombineoznach. Ściany dobrze izolowały od żaru. Przynajmniej póki był w miarę daleko. Okno wpuściło ich do jakiejś sali. Musieli wyjść na korytarz i tam zlokalizować hydranty. Z tej strony budynek jeszcze nie płonął, więc mogli poruszać się w miarę szybko, bez szczególnej ostrożności. Korytarz nie był ani długi, ani przestronny. Matt uważnie rozglądał się za oznaczeniami na ścianach, ale to Roy wypatrzył pierwszy hydrant. Byli na skrzyżowaniu z innym korytarzem, chyba prowadzącym już do wejścia głównego. - To co teraz? Będziemy z tym chodzić, czy tylko rozwiniemy, podciągniemy w stronę ognia i będziemy zalewać? – Matt zwrócił się do kapitana, jednocześnie z Royem już rozwijając i przypinając węża. - 20 metrów. Dałoby radę podciągnąć w stronę płonącego skrzydła. – stwierdził Roy. – Może dwóch niech podciągnie go w stronę ognia, a dwóch niech poszuka ludzi na tym skrzydle. Potem znowu się połączymy. Propozycja wydała się Mattowi sensowna. Chciał iść szukać. Jej. Spojrzał pytająco na kapitana. - To co robimy? Edward Peterson Płynąc przez zatłoczone ulice Nowego Yorku myśli kłębiły się w jego głowie. W większości wspomnienia. O dziwo tym razem, więcej było tych szczęśliwych, a kłótni prawie wcale. Powodowały one dziwne, ale znajome ciepło gdzieś w środku. Przystanął na rogu ulicy gdyż zdał sobie sprawę z tego, że robi bezwiednie coś czego nie robił od dawna. Jego usta były wygięte w uśmiechu radości i za nic nie mógł tego zmazać. Czerpał radość z tej chwili jak wodę ze strumyka po paru dniach na pustyni. Ruszył dalej. Radość ta sprawiała, że wszystkie knajpy na drodze traciły znaczenie, nawet ich nie zauważał. Zauważył jednak przez przypadek nagłówek na gazecie w kiosku: „Wczorajszej nocy spłonęła większa część uczelni medycznej. Są ofiary śmiertelne i ranni, zarówno w cywilach jak i w oficerach straży pożarnej.” Przypomniał sobie wczorajsze syreny, jakiś dreszcze przeszedł go po plecach. Odrzucił te myśli i powrócił do wspomnień. Pół godziny później stał już przed domem, który kiedyś był też jego. Spojrzał na zegarek. Pierwszy raz od dłuższego czasu był punktualnie. Podszedł do drzwi aby zastukać, ale zauważył kartkę przyklejoną do nich. Zerwał ją i przeczytał: „Przepraszam Edwardzie, ale zaraz po naszej rozmowie zadzwonił do mnie szef. Mają dużo pracy i czeka mnie robota papierkowa po godzinach. Próbowałam się z Tobą skontaktować, ale było zajęte. Nie chciałabym aby to zniweczyło nasze plany tak, więc wejdź i rozgość się, zrób sobie coś do jedzenia. W lodówce jest piwo. Klucz jest tam gdzie zawsze. Postaram się wrócić jak najszybciej, nie powinno to trwać dłużej niż godzinę. Pa.” -Hmm… piwo. – pomyślał. Zabrał klucz sprytnie schowany za rynną i wszedł do środka. Na widok wnętrza domu znów ogarnęła go fala wspomnień… Matthew Winder Kapitan zaklął cicho pod nosem. -Dobra, zrobimy tak; Roy i Matthew rozwiniecie tego węża i spróbujecie opóźnić rozprzestrzenianie się pożaru. W międzyczasie ja i Loyd pójdziemy przeszukać prawe skrzydło. -Jakby, co, Roy ty podejmujesz wszystkie decyzje, jako, że jesteś starszy stażem. Mam tylko nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z wagi odpowiedzialności, jaka na Tobie spoczęła. Jak pójdzie coś źle, to Ci nogi z dupy powyrywam. – Roy słyszalnie przełknął ślinę. -Ty chłopcze słuchaj się go i wybij sobie z głowy jakiekolwiek wędrowanie po budynku w poszukiwaniu Twojej dziewczyny. – Matthew nie odezwał się. -Ok., spotkamy się ponownie w tym miejscu za 15 minut. – powiedział kapitan i wraz z białym jak ściana, najmłodszym członkiem drużyny Loydem ruszyli korytarzem. Po chwili dwójka młodych strażaków została sama. Roy był starszy nie tylko stażem. Potężnej budowy, wysportowany przystojniak, to on zawsze ubiegał Matta w podrywaniu dziewczyn na imprezach organizowanych przez zakład pracy, wyjątkiem była Audrey. Jest też obiecującym strażakiem i kapitan często mówi „bieżcie przykład z Roya”, mimo tego, że wielu mu zazdrości jest ogólnie lubiany, dobry z niego przyjaciel. Spojrzeli na siebie w milczeniu a po chwili on wybuchł nagłym śmiechem. -„…nogi ci z dupy powyrywam…”- Parodiował kapitana robiąc przy tym taką minę, że Mattowi też zrobiło się weselej.- Jak on to robi? Potrafi zachować dobry nastrój nawet w płonącym budynku.- Myślał w podziwie. Ale dobry nastrój minął. Usłyszeli jakiś huk. Musiała runąć jedna ze ścian. Obydwaj odczuli wzrost temperatury. Stali na skrzyżowaniu korytarzy, spojrzeli w stronę głównego wejścia. Rzeczywiście zabarykadowane od wewnątrz ławkami i krzesłami, dziwne. Spojrzeli po sobie, wzruszyli ramionami i ruszyli w stronę wroga, tropem podnoszącej się temperatury, aby po chwili stanąć przed ogniem. Płomienie nie próżnowały, były zajęte trawieniem ścian i sufitu, pełzły po podłodze.- To głupie, po co my się tak skradamy? Przecież to tylko ogień, nie może nas usłyszeć.- Pomyślał. Twarz miał już zalaną potem i ubrudzoną sadzą. Temperatura robiła się nieznośna i z trudem łapali oddechy. - Nażryj się tym ty płonące ścierwo!!- Krzyknął triumfalnie Roy i wycelował węża w stronę ognia, otworzył zawór i … nic, ani kropelki. - Co jest k**wa?! Przecież odkręciłem zawór. Czyżby ktoś odciął dopływ wody do budynku? Dlaczego?! Toż to samobójstwo jest!!- Krzyczał wściekły. Matthew Winder ________________________________________ Matt w osłupieniu patrzył na miotającego przekleństwami Roya. Mimo bliskości ognia, roztaczającego piekielną aurę, czuł jak oblewa go zimny pot. Szalejące przed nim płomienie bezlitośnie pożerały wszystko na swojej drodze. Zdawało się, że ognista paszcza już nie może się doczekać tej chwili - chwili, w której jednym kłapnięciem szczęki zabierze ich ze sobą. Zdawał sobie sprawę, jak groteskowo musiała wyglądać cała sytuacja – dwie małe, bezbronne drobinki trzymające suchy wąż, w objęciach szalejącego żywiołu... Żywiołu głodnego ich żyć... „To koniec” – pomyślał. Na szczęście Roy miał albo więcej zdrowego rozsądku, albo mniej bujną wyobraźnię. Gdy skończył złorzeczyć, szybko ocenił sytuację i ich szanse. - *cenzura* stąd, Matt. Nic tu po nas. – szum ognia powodował, że musiał mówić podniesionym głosem. – Trzeba wrócić do kapitana. Jeśli nie przywrócimy wody, budynek będzie stracony. Matt odruchowo postąpił krok do tyłu, rozejrzał się mętnym wzrokiem. Nie było już bestii. Tylko ogień – nie mający pragnień ani uczyć, zwykły. W świadomości zakołatała mu jedna myśl. Wiedział, ale nie mógł uwierzyć. „Spanikować w takim momencie...” - Jesteś ze mną? – z niepokojem zapytał Roy. - Tak... – wymamrotał słabo Matt. – Chodźmy do kapitana... Para strażaków biegiem wróciła do miejsca gdzie się rozdzielili. Matt z ulgą przyjął chłód oddalonego od ognia korytarza. Czuł się jak wyjęty z piekarnika. - Idziemy za nimi? - Tędy. – wskazał Roy. Edward Paterson ________________________________________ Wszedł do środka. Rozejrzał się wkoło, wciągnął zapach domu, tego domu. Mieszkał tu, spędził kawał życia. Poczuł się bardzo dziwnie. Powiesił płaszcz na wieszaku, zdjął buty i wszedł do salonu. Nie za wiele się zmieniło: Duży, okrągły stół na środku i zawsze świeże kwiaty, tylko zdjęcia zniknęły z komody przy ścianie. No tak, przecież to oczywiste. Usiadł na krześle przy stole i wciągnął głęboko zapach jej ulubionych róż. Podparł głowę i zapatrzony w kwiaty, zamyślił się. Czy jest szansa na powrót? Jak to rozegrać? Przecież tyle minęło czasu. A może nie chce mojego powrotu, może się nademną lituje? Tego bym nie zniósł. No nic, pozwolę płynąć wydarzeniom, co ma być niech będzie. Cisza, błoga cisza, czuje że znowu odpływa. Nie nie może sobie na to pozwolić. Marszczy brwi, wykrzywia usta w grymasie. Znowu go dopada, Pani, zwana beznadzieją na spółkę z rozpaczą. Nie! Weź się w garść, nie teraz! Zrywa się szybko z krzesła. Szybkim krokiem wpada do kuchni, otwiera lodówkę. Szybko namierza puszki piwa. Łapie jedną, otwiera i chciwie zaczyna pić. Lepiej. Tak. Lepiej. Co się ze mną dzieje? Co? Siada w kuchni, trzyma w ręku puszkę, którą wydaje się że za chwilę zmiażdzy. Jego wzrok pada na lodówkę i na zdjęcie przyczepione magnesem. Angelika! Sara! I obok puste miejsce. Sara Peterson Kobieta o ciemnych rozpuszczonych włosach, siedziała przy biurku w jednym z wielkich, oszklonych biurowców w Nowym Yorku. Nie mogła mieć więcej niż 30 lat. Na jej zadbanej twarzy odbijało się światło z monitora. Miała brązowe, choć przemęczone oczy i pełne usta ze startą szminką. Na szyi zwisał drobny złoty naszyjnik ze skromnym krzyżykiem. Ubrana była w białą kopertową koszulę z wywiniętym kołnierzem oraz tweedową spódnicę za kolano. Marynarka od kompletu zawieszona była na krześle. Zegarek wskazywał już 16:05 a ona wciąż tkwiła w tym samym punkcie z robotą. Poprawiła okulary, przeczesując włosy. - Edward pewnie już jest w domu... - pomyślała wzdychając. Była już wykończona. Od godziny próbowała wyjaśnić jedno z kont księgowych. Niezgodności były ogromne i wciąż ich przybywało. Wykonała już ponad dziesięć telefonów, jednak firma, do której należały rachunki od pięciu minut była już zamknięta. Teraz będzie musiała radzić sobie sama. Może pogada z szefem i weźmie dokumenty do domu? Tak chyba będzie najlepiej. Wstała ciężko od biurka i odwróciła się aby sięgnąć po segregator z wyciągami bankowymi wtem wpadła prawie na swojego szefa. - Ach, panie Andrew! Wystraszył mnie pan... - wrzasnęła, śmiejąc się lekko. Nie ukrywała zażenowania sytuacją. - Jestem aż taki straszny, pani Peterson? - rozbrzmiał drżący głos przełożonego. Adnrew Brenford był wysokim mężczyzną o doskonałej zadbanej fryzurze, ciemnych włosach. Jego jasne oczy w ciemnych obramówkach sprawiały wrażenie bystrych i niezwykle uważnych. Można było odnieść wrażenie, że ten zadbany mężczyzna przed czterdziestką widział wszystko, czasem nawet przez myśl przechodziło, że wie wszystko. Sara przez moment poczuła jakby skanował jej umysł. Była jednak zbyt zmęczona aby podtrzymywać pozory zadowolonej z obecnej sytuacji i tłumaczyć się z takich błahostek jak wpadanie na szefa. - Czy mógłby mi pan podać ten segregator ze stycznia? Mogłabym skończyć tą pracę w domu, mam bardzo ważne spotkanie i jestem już spóźniona... i zmęczona... - wypowiedziała jednym tchem. Mina szefa jednak nie była taka na jaką miała nadzieję. - Pani Saro, doskonale pani zdaje sobie sprawę z tego, że nie można wynosić dokumentów z pracy. Prosi pani, abym złamał dla pani regulamin bezpieczeństwa firmy? - usłyszała w odpowiedzi, mężczyzna usiadł na jej biurku i zmierzył ją wzrokiem. Sarę lekko sparaliżowało to spojrzenie, jednak odwróciła się od szefa i sięgnęła segregator, o którym mówiła wcześniej. - Panie Adrew, to bardzo ważne spotkanie, wie pan ile dla pana ostatnio pracuję. Finanse tej firmy są zdecydowanie bardziej skomplikowane od tych, z którymi miałam do czynienia wcześniej. Uważam, że powinny się nimi zajmować dwie osoby, tymczasem robię je sama i idzie mi świetnie - położyła segregator na biurku - skończę to jutro, panie Adrew. Była już zmęczona, tylko dlatego pozwoliła sobie na taką stanowczość w stosunku do szefa, choć nie spojrzała mu w oczy. Czekała na jego słowa, bała się coraz bardziej tego co mógłby zrobić. Matthew Winder Ruszyli korytarzem, w którym zniknęli jakiś czas temu kapitan wraz z młodym. Zegarek wskazywał, że jeszcze dziesięć minut do spotkania w umówionym miejscu. Może przy odrobinie szczęścia spotkają się szybciej. Matthiew zastanawiał się jak idą poszukiwania. Oczami wyobraźni widział jak Henry wyłania się z za rogu i prowadzi całą, zdrową i bezpieczną Audrey. Tak bardzo chciał, aby tak było. Niespodziewanie budynek zatrząsł się w posadzie, huk eksplozji i wstrząs dobiegł ich z piwnic budynku. Był na tyle mocny, że ledwo utrzymali równowagę. No i ponowny wzrost temperatury, a wydawać by się mogło, że bardziej gorąco być nie może. - *cenzura*, *cenzura*, *cenzura*!!!- Rozdarł się na całe gardło Roy dotychczas taki spokojny, jego utrata kontroli nad sobą, choć krótko trwała udzieliła się strachem także Mattowi. - To, *cenzura* niebyła do *cenzura* naturalna eksplozja!! Musiały wybuchnąć jakieś zbiorniki, ale z skąd one się wzięły w piwnicach?! To jest atak. Ktoś podłożył ten ogień i pomaga mu w rozprzestrzenianiu się!! Okna są pootwierane, woda odcięta, wejście zabarykadowane a z piwnicy dochodzą eksplozje!? Hej!! Matt, słuchaj, bóg jeden wie, co tu jest grane, ale myślę, że powinniśmy... Dalszą rozmowę przerwała kolejna eksplozja. Tym razem malutka, ale zaledwie kilkanaście metrów od nich. O ścianę korytarza rozbiła się płonąca butelka z benzyną. Ogień, jaki z tego powstał był niewielki, ale w tej temperaturze szybko się rozprzestrzeniał. „Koktajl” ten został wyrzucony z salki naprzeciwko. Tam też były już płomienie. Z upływem każdej sekundy podłoga nabierała coraz to większych temperatur.- Piwnice muszą całe stać w płomieniach. – Pomyślał Matthiew. Sekundę później z płonącej sali wytoczyła się postać. Płomienie otaczały ją, wiły się wokół. Był to duży mężczyzna, cywil, jego nieludzki krzyk bólu dzwonił w uszach. W jednej ręce trzymał kolejną butelkę. Jego obłędne spojrzenie padło na dwójkę zastygłych w bezruchu strażaków. Mathiew wstrzymywał jeszcze wymioty, ale nie wiedział na jak długo. Do jego nozdrzy doszedł zapach palącego się mięsa. Napastnik rzucił się karkołomnym biegiem w ich stronę. Jego bieg był bardzo nie skoordynowany, szamotał się w płomieniach, wyglądał jak by tańczył… Edward Petersom Fala gniewu, złości i emocji zalała mu oczy, stracił nad sobą panowanie. Ogarnięty wściekłością na siebie, świat i los wpadł w amok. Puszka z piwem poszybowała w stronę lodówki i zrobiła w niej wgniecenie, ale było małe, więc poleciał i kopniak, i następny, następny. Szał i demolka kuchni trwała pięć minut, i skończyły się tylko dlatego bo Edward zemdlał. Był zbyt wymęczony i niedożywiony aby pozwolić sobie na taki wysiłek i emocje. Był na skraju wyczerpania a organizm miał wyniszczony, był słaby jak dziecko. Gdy się ocknął czuł się jakby pijany, wszystko wirowało. Próbował się podnieść, ale dopiero po paru minutach powiodło się. Do umywalki wyrzygał te parę łyków piwa, śmietanę i żółć. Zaczął zapadać półmrok, musiał być nieprzytomny dobrą godzinę. Rozejrzał się dookoła, kuchnia była w opłakanym stanie. - Nic tu po mnie.- Pomyślał i ruszył chwiejnym krokiem w stronę wyjścia. Złapał za klamkę i zamarł w bez ruchu. Usłyszał jakieś odgłosy dochodzące z góry, z pokoju jego córki. Puknięcia, stuknięcia a może stąpnięcia? Nie był pewien, bo trwały tylko chwilkę. - Przecież Angeliki miało nie być. Co tam się dzieje?- Myśli wraz z ciekawością zalały głowę. Ruszył do salonu, z którego wiodły schody do góry. Z każdą chwilą robiło się coraz ciemniej, więc zapalił światło. Lampka zabłysła na chwilę, zamigotała i zgasła. Poczuł mrowienie w krzyżach, ale ciekawość była silniejsza. Zaczął powolną wspinaczkę po schodach. Sara Peterson Nastała chwila ciszy, ciężkiej, nieprzyjemnej. - Może powinnam teraz się odwrócić i wyjść. Tak po prostu nie czekając nawet na jego skinienie? – Ale Sara bała się, pamiętała historię jednej dziewczyny, co tak z nim postąpiła. Następnego dnia pakowała już biurko, a opinie to jej taką wystawił, że bidulka do dziś nie może znaleźć pracy w księgowości. Nie patrzyła na niego, bała się, że z nerwów się porzyga. Bała się go. Nerwowo oceniła swą sytuację, bardzo nie dobrze. Oprócz nich w biurowcu nie było prawie nikogo, wszystkich innych pracowników puścił już do domu, jedynie cieć i wartownik zostali. Jego twarz była straszna, taka zadbana, może nawet ładna, ale zupełnie bez wyrazu a oczy jego były puste, bez emocji ani duszy. Podniósł z biurka segregator i powoli, bez pośpiechu zaczął go przekartkowywać. - Panie Andrew, ja naprawdę… - Naprawdę jest pani bardzo szybka w samoocenie, pani Peterson. A to jak pani idzie pozwolę sobie sprawdzić ja.- Przerwał jej w pół zdania nawet nie odrywając wzroku od papierów. Znowu cisza. – Cholera, gorzej niż przed egzaminem na studiach. – Myślała nerwowo. - No cóż, świetnie to mi to nie wygląda. Tragicznie, to słowo, które mi by się nasunęło. A, no i w sprawie tej dodatkowej osoby do pomocy z tymi papierami dla firmy. Pozwolę sobie zauważyć, że od zarządzania personelem jestem ja. Czy sugeruje pani, że moja praca dla firmy jest do dupy i, że pani wykonałaby ją lepiej? Może jeszcze jakieś sugestie pani Peterson? - Ja chciałam tylko… - Ja doskonalę zdaję sobie sprawę z pani pragnień, ale musi pani pamiętać o moich pragnieniach także.- Ton jego głosu stawał się niepokojący. Kątem oka, z nadzieją spojrzała na kamerę ochrony umieszczoną w rogu pomieszczenia, i strach zaczął wypływać na zewnątrz, była ona odwrócona soczewką do ściany. Andrew podążył za jej spojrzeniem i spojrzał jej prosto w oczy. Ich spojrzenia tym razem spotkały się, jego twarz nie wyrażała absolutnie nic, od pięciu minut mimika się nie zmieniła ani razu. Żaden mięsień nie drgnął. Powoli odłożył segregator i ruszył w jej stronę. Sara odruchowo zrobiła krok do tyłu i trafiła na biurko, jej ręka dotkneła czegoś zimnego i twardego… chyba wazonu. Z korytarza doszło ją pogwizdywanie ciecia i odgłos mytej podłogi. Sara Peterson Jej oddech był nierównomierny i niespokojny. Nie wiedziała co ma zrobić. Mogła go teraz ogłuszyć tym wazonem, jeśli tylko zdążyłaby trafić w jego głowę. Ale co byłoby dalej? Musiałaby znaleźć prawnika i wnieść pozew o molestowanie. Znaleźć świadków i inne jego zastraszone ofiary... media, prasa i opinia kolejnej *cenzura* odrzuconej przez szefa. Przecież rozstała się z mężem, to już 8 miesięcy. Prokurator insynuował by, że przecież miała potrzeby i że być może liczyła na sex. Na wierzch wywleczono by wszystkie brudy z jej życia. Wypadek i pobyt w szpitalu... A Angelika? Ma już 10 lat, dużo rozumie, umie czytać... Teraz sama potrzebuje pomocy i stabilnego życia. Przed oczami stanęło prawie całej jej życie i kariera zawodowa. Poddać się czy walczyć? Spojrzała mu w oczy, jego spojrzenie podniosło się z jej falujących ze strachu piersi. Ręka opadła z wazonu. Nie mówiła nic, czekała tylko potulnie, aż się obsłuży. Już teraz chciała o tym wszystkim zapomnieć. Gdy podszedł do niej i poczuła jego oddech, zacisnęła oczy. Obiecała, że nie wyda z siebie nawet jednego mruku, przetrzyma to wszystko a potem pójdzie do domu... do Edwarda... To przecież tylko chwila... Sara Peterson Podszedł do niej naprawdę blisko. Poczuła jego zimne ręce pełznące po jej ciele. Ruchy ramion miał jakieś nijakie, takie machinalne. Sprawiały, że odechciewało się czuć cokolwiek. Gniew, smutek, niemoc, nawet strach - wszystkie odpływały w niebyt a za nimi odpływała i ona. Czuła, że zamyka się w sobie, tak jak wtedy w szpitalu. Znów powoli opadała w tą mroczną i nieprzyjemną wnękę w swej głowie. Nagle zaprzestał, zabrał ręce. -Co się stało? Co jest?- Była zaskoczona, odczekała jeszcze chwilę, ale nic się nie działo a spodziewała się wszystkiego, nawet ciosu. Przegrała walkę z ciekawością i otworzyła oczy. Andrew stał krok dalej, wpatrywał się w nią. Jego usta wygięte były w jakimś grymasie. Mógł to być uśmiech albo wyraz pogardy i obrzydzenia. -No, no pani Peterson. Zbytnio pani sobie pochlebia. Wyobrażasz sobie za dużo Saro. Moim pragnieniem jest, aby te papiery gotowe były na jutro w południe. Tak wiem, niedziela, no cóż, do kościoła pani chyba nie pójdzie. Liczę, że zobaczę Cię rano za biurkiem, ciężko pracującą na swą dobrą opinię. A co do… reszty, to zobaczę. Może, kiedy indziej skorzystam, jak pani bardziej sobie na to zasłuży. To wszystko. Możesz sobie teraz iść na to twoje spotkanie. Żegnam. Jeremy Smith Kolejny dzień bez Ciebie. - Jeremy, pochylony nad kartką ozdobnego papieru listowego, kreślił starannie słowo za słowem swoim piórem Montblanc. Wiesz, że ciągnę ten balast tylko dlatego, że Ci to obiecałem. Że wytrwam, nie poddam się. Dlaczego musiałaś odejść? Mimowolnie, pisząc to, Jeremy przycisnął mocniej pióro do papieru, niemal go rozrywając. Wspomnienia nadal były zbyt silne. Wzdychając ciężko, Jeremy rozejrzał się. Otaczały go regały pełne rzadkich książek. Do jego nietypowej księgarenki klienci przychodzili rzadko - za to z grubym portfelem. Były tu stare, sprowadzone z Europy woluminy, białe kruki i inne książkowe precjoza. Nawet grube ryby z Dolnego Manhattanu czasem ryzykowały wycieczkę tutaj, do Harlemu, kiedy Barnes&Nobles nie potrafiło spełnić ich oczekiwań. Nawet nie wiesz, jak mi ciebie brakuje. Kiedy przypomnę sobie... Z trudem zmuszał się do stawiania kolejnych liter. Nie mam już siły. - pomyślał. Składając niedokończony list i wsuwając go w kopertę. Ruszył ku drzwiom księgarni, niedbale zarzucając na ramię skórzaną kurtkę. Nikt już dziś nie przyjdzie. Zamknął drzwi na klucz i ruszył swoim ciężkim krokiem w stronę domu. Drogę zagrodziła mu banda murzyńskich dzieciaków. Jeremy zatrzymał się, mierząc ich wzrokiem. Spokojnie odczekał, aż, speszeni, jeden po drugim rozstąpią się, pozwalając mu przejść. ---------- Godzinę później, Jeremy, jak co tydzień, wspiął się po schodach pożarowych na dach kamienicy, w której mieszkał. Przez chwilę przyglądał się Central Park - majaczącemu w oddali prostokątowi ośnieżonych drzew. Wyciągnął czarną zapalniczkę Zippo i podpalił róg przyniesionej tu koperty. Chociaż tyle mogę dla Ciebie zrobić, Ann. Od miesiąca nie był już na jej grobie - nie mógł się przemóc, by tam pójść, co nieustannie budziło w nim poczucie winy. Wybacz mi, Ann. Sara Peterson Sara przyspieszyła zbieranie swoich rzeczy zaraz po tym jak zrozumiała, że szef wcale nie zamierza wyjść z jej pokoju. Obserwował ją, gdy z szuflady pospiesznie wyjęła skórzany kalendarz i komórkę. Zabrała torebkę i marynarkę z krzesła. Nie patrząc mu nawet w oczy szybko wybiegła z pokoju. Nie pożegnała się... zapomniała. Gdy tylko była w korytarzu i czekała na windę, nerwowo wciskając guzik, powoli czuła jak drętwieją jej nogi, ręce zaczynają się trząść. - Uspokój się, uspokój! To przecież zboczeniec, psychol, który podnieciłby się bardziej jeśli rąbnęłabyś go tym wazonem. Podnieca go przemoc, a ty byłaś potulna. Boże, kiedy to się skończy?! - winda sunęła powoli, a Sara nerwowo nasłuchiwała kroków szefa. Nie nadchodził. Szybko wsiadła do windy, zaraz za nią drzwi się zamknęły. Była bezpieczna. Przynajmniej tak sądziła. - Ten dziad ma układy z ochroną. Jezu, jaka ja głupia jestem! Przecież on może mieć układy z każdym! Na podziemnym parkingu, spokój wcale nie nadszedł. Wszechobecna cisza mogła przerazić. - Zapomniałam kluczyków? Boże tylko nie to! Nie wrócę tam, nie wrócę! Zaraz, uspokój się! Są! Szybko otworzyła drzwi i wsiadła do samochodu. Odjechała. Bob Smith ________________________________________ "O *cenzura*" pomyślał Bob unosząc się ciężko na nogach, "chyba zemdlałem od tego smrodu" - pomyślał a chwilę później uświadomił sobie, że wszystko co go otacza to nie jest sen. Jeszcze chwile przed wydaniem cichego okrzyku przerażenia (na więcej nie pozwala mu dziwny skurcz krtani, który ogarnia każdego, kto jest zbyt przerażony, aby krzyczeć), jeszcze chwilę przed, jego umysł analizował inne możliwe wyjaśnienia sytuacji, w jakiej sie znalazł, może się upił i po pijaku szukał noclegu, ale nie, Bob pije głównie w domu, więc to odpada, może ma jakieś halucynacje, może ktoś mu dosypał czegoś... NIE to wszystko jest zbyt realne, czuje wilgoć, czuje smród, czuję dym papierosowy..."WHAAAAAAAAAAAAA...." Z chwilowego obłąkania wyrwała go myśl, że zapewne został porwany, Bob nie mógł świeżo spalić papierosa, bo leżał nieprzytomny. "Ktoś musiał mnie nieźle załatwić. Okup, zemsta...O co im chodzi? I czemu do *cenzura* nie jestem związany, jeśli to porwanie? Dobra muszę pomyśleć, przede wszystkim trzeba się stąd wydostać, później pomyśle, kto jest za to odpowiedzialny." Bob zaczął przeszukiwać kieszenie żeby sprawdzić, co mu pozostało, rozejrzał się jeszcze raz dokładnie omiatając spojrzeniem cały pokój, wyjrzał też przez okno, aby sprawdzić czy chociaż okolica wydaje mu się znajoma. Dopiero teraz spostrzegł, że jego garnitur zaplamiony jest przez gnijący szlam, który pokrył cześć podłogi, przejechał ręką po brodzie i stwierdził lekki zarost, "Kurcze ile ja tu już jestem?, szkoda, że nie mam lustra" No dobra spróbujemy iść w korytarz, jeżeli głąb spowija całkowita ciemność to staram się sklecić jakieś źródło światła, może kawałek drewna - np. z ramy czy mebla owinięty koszulą posłuży jako pochodnia? Może znajdę tu jakąś szmatę nadającą się na pochodnie? Jeśli nie to z cichym westchnieniem zanurzam się w korytarz przyświecając sobie jedynie słabym płomieniem z zapalniczki. Idę za dymem papierosowym, jeśli jeszcze unosi się w korytarzu, jeśli nie to staram się zejść do schodów prowadzących na parter i do wyjścia, do domu... Jeremy Siedząc na dachu, pogrążony w wspomnieniach spoglądał na miasto, wygląda tak ładnie nocą, bez dymów i spalin, wszędzie światła. Było bardzo zimno, piekło gotowe zamarznąć. A do tego jeszcze zerwał się wiatr przynosząc z sobą dziwny zapach… benzyna. Jeremy obejrzał się do tyłu i dopiero teraz spostrzegł, że nie jest sam na dachu. Czworo rosłych mężczyzn pochłoniętych było przelewaniem benzyny z karnistrów do butelek, które następnie zatykali szmatami. -Wkrótce coś zapłonie.- Pomyślał. Jeden z kolesi, najmniejszy i najmłodszy, ale chyba szef grupy, bo jako jedyny stał bez czynnie i obserwował wszystko, dyrygował innym, zauważył go. Ruszył w jego stronę. - No cóż, nie spodziewałem się, że w taki ziąb ktoś przyjdzie podziwiać widoki. Oczywiście zdajesz sobie sprawę z tego, że nie możesz nikomu o tym, co tu widzisz opowiedzieć, bo inaczej spotkają cię bardzo nie przyjemne konsekwencje. -… -No, co tak milczysz? Odpowiedz jak sobie zdajesz sprawę.- Młody człowiek patrzył mu prosto w oczy, a spojrzenie to było dziwne, kręciło się od niego w głowie. -Lordzie! To już ostatnia! Sączyliśmy!- Zawołał jeden z osiłków. -Ok. Znieście to do samochodu. -A, co z tym tutaj…? -Nic, on nic nie powie ani nie zrobi.- Człowiek nazwany Lordem odwrócił się i odszedł za swymi towarzyszami. „Lord”, co za głupota. Ale wciąż tacy psychole są bardzo niebezpieczni. Lepiej odczekam aż pójdą i zajmę się swoimi sprawami. Jutro piątek, w ten dzień mam najwięcej klientów. Sara Peterson Jazda przez zatłoczone ulice Nowego Jorku nie przyniosła jej opanowania, wręcz przeciwnie. W zasadzie była już od niego daleko, ale wciąż czuła się w jakiś sposób zagrożona. To ten smród, przyjadę do domu i wezmę prysznic. Mam nadzieję, że Edward jeszcze czeka, on pomoże mi się uspokoić zawsze to robił. Minęło trochę czasu zanim przedarła się przez korki. Alę w końcu zatrzymała się przed domem. Brak notki, jaką mu zostawiła dawał cień szansy, że był tu i może wciąż jest. Nagle została zakneblowana. Silna, męska ręka założyła jej taśmę klejącą na usta. Ktoś jest na tylnim siedzeniu, cały czas był. Złapał za jej ręce i wykręcił je do tyłu, za fotel kierowcy, z dużą siłą i bardzo brutalnie. Szybko i sprawnie używając pasów bezpieczeństwa skrępował jej ręce i złożył fotel do poziomu, sam przesunął się na przedni- pasażerski. Zobaczyła swego napastnika, zwykły zbir, ale wiedział, co robił i nie robił tego pierwszy raz. Ubrany w bluzę z podwiniętymi rękawami, ręce poniżej łokci całe w tatuażach, skórzane rękawiczki i kominiarka na głowie. - Podejrzewam, dziwko, że wiesz, od kogo ten prezencik?- Jego głos był straszny, była w nim zawarta obietnica bólu. W rogu samochodu umieścił małą przenośną kamerę. Dioda migała na czerwono. - A to jako dowód i pamiątka. Może przesłać ci kopie już po wszystkim?- Ten głos i to co mówił sprawiło, że znowu chciała uciec w głąb świadomości i zostawić wszystko za sobą. Nie!! Nie mogę, nie poddam się!! Sara zaczęła wierzgać nogami, dra razy trafiła w klakson. Jest nadzieja! Ktoś na pewno to usłyszał. Edwardzie, gdzie jesteś?! Tak bardzo cię teraz potrzebuję! Nie widziała nadlatującej pięści. Poczuła mocny bul, i znów i znów. Pierwszy raz w życiu była bita, mocno, bez litości. Straciła przytomność na parę sekund, gdy ją otrzymała napastnik zabierał się już do rzeczy. Niemiała już sił walczyć, jej prawe oko nie otwierało się i czuła gorąco i ból na całej twarzy. W buzi miała smak krwi i chyba skruszony ząb. Niedoszły gwałciciel musiał się czegoś wystraszyć. Nagle zapiął się, zabrał kamerę i wysiadł z samochodu. Jeremy Przez moment Jeremy czuł, jak w jego żyłach burzy się krew. -Kiedyś tacy kolesie mieliby 20 sekund.- Poczuł, jak blizna na policzku zaczyna pulsować. Zawsze tak było, kiedy stawał się agresywny. Ruszył za napastnikami, ale po chwili raptownie się zatrzymał. Ann... Nie mogę... Obiecałem jej, że nie wrócę do przeszłości. Ukrył twarz w dłoniach, poczekał, aż wróci spokój, tak zimny, jak ta noc... Powoli wrócił do swojego mieszkania, ale po głowie kołatała mu się niepokojąca myśl: Coś tu jest głęboko nie tak... Jutro wydobędę pistolet ze skrytki. Stracił apetyt, ale książek nigdy nie miał dość - zanim sen dopadł go na fotelu, zdążył przebyć 200 stron historii Europy - jej krwawych wojen, tak obcych Nowojorczykowi. Książka zsunęła mu się z kolan, gdy, jak co noc, odpływał w krainę niespokojnych snów o swojej Ann. Sara Peterson - To Edi. To na pewno Edward... Edwardzie! - chciała krzyczeć, ale zamiast tego, czerwona ciecz wypłynęła jej z ust. Nie bardzo orientowała się w swojej sytuacji. Wszystko tak szybko się stało. Jakiś zbir, kamerka i ból. Kto mógł go nasłać? To nie możliwe, nie mógł to być jej szef... Z trudem dała radę odpiąć się z pasów, sekundy mijały ale nikt nie podbiegał do niej i nie pytał co się stało. Może Edi pobiegł za tym draniem? Tak, tak chyba było. Nie wyobrażała sobie niczego innego. Uchyliła drzwi, splunęła krwią i zdaje się dwoma zębami. Ból nie mijał. Roztrzęsione dłonie dotknęły twarzy... lusterko. Nie wyglądało to dobrze, być może wszystko się wyleczy, ale będzie musiała iść do szpitala. Angelika zdąży wrócić i zobaczyć ją w tym kiepskim stanie. - Edi, gdzie jesteś? Matthew Winder ________________________________________ Dwójka strażaków stanęła jak wryta. Człowiek pochodnia to nie było to czego mogli się spodziewać. Poczuli potworny strach. To coś biegło w ich stronę. Było coraz bliżej. Napięcie sięgało zenitu... W końcu adrenalina zrobiła swoje. Caly strach, zaskoczenie sytuacją, obawa o Audrey po którą przecież tutaj przyszedł... Ten cały stres musiał gdzieś znaleźć ujście. Matt odruchowo chwycił strażacką siekierę, przypiętą do pasa. Nie myślał o Royu. Patrzył na zbliżający się kształt, narastało w nim napięcie, strach i złość. Zacisnął rękę na stylisku. "Podejdź no tylko" - zaszumiało w głowie. Świat zawirował, widział tylko to... coś. Roy za to kolejny raz już dzisiaj wykazał się opanowaniem. Albo po prostu w sytuacji stresowej sprawiał tylko takie wrażenie? Nie potrafił ocenić jak szybko się to wszystko działo, serce biło mu jak oszalałe, zareagował jednak w porę... Matt zamachnał się tak mocno jak tylko potrafił, trafił napastnika w bark. Uderzenie było tak silne, że niemalże odrąbało rękę od płonącego ciała. Siekiera weszła głęboko, zachwiała celem, ale nie przewróciła go. Albo raczej przewróciła – wprost na Matta. Rozpędzony, kryczący jeszcze przeraźliwiej ognisty kształt wpadł na strażaka. Uderzyli z impetem o ziemię. Ciężkie, jak się okazało, ciało przygniotło Matta. Trzymana przez płonącego butelka pękła. Płomienie rozlały się po podłodze, wzięły w swoje objęcia dwoje leżących. Matt poczuł, że płonie. Ogień co prawda nie był w stanie strawić kombinezonu, jednak mógł skutecznie usmażyć noszącego go strażaka... Temperatura podniosła się momentalnie, ciepło zaczęło parzyć. Matt wydał z siebie makabryczny krzyk, po częsci z bólu, po części ze strachu przed leżącym na nim truchłem. Nie mającym już oczu, a jednak świdrującym spojrzeniem. Nie mającym już ust, a jednak wykrzywiającym je w przerażającym grymasie... Całe szczęście Roy zareagował w porę. Zrobił użytek z podręcznej gaśniczki, nie pozwalając płomieniom pochłonąć jego partnera. Skierował strumień białej substancji wprost na płonących. Płomienie znikały tak szybko, jak się pojawiły. Agresor zawył, Roy potraktował go solidnym kopniakiem. Szamotający się Matt wydostał się spod leżącego na nim „człowieka”. - Żyjesz stary?! – Roy dopadł partnera, odciągnął go od wierzgającego po podłodze popalonego ciała - Mów do mnie! – potrząsnął nim lekko, klepnął w twarz. We wzroku partnera Roy dostrzegł błysk wracającej świadomości. - Pomóż mi wstać – odezwał się słabo Matt. Jego twarz wykrzywił grymas bólu, gdy stanął na poparzonych nogach – Zabierz mnie stąd, bo zaraz zwariuję. Popatrzyli na wyjącego potępieńczo i orającego po podłodze zwęglonymi kończynami człowieka. - Zabierz mnie stąd... – powtórzył Matt. Roy, prowadząc go pod ramię, ruszył do wyjścia. Bob Smith - Co jest grane, do *cenzura* nędzy? Jeśli nie śpię to jestem szalony. A jeśli śpię, to dlaczego nie mogę się obudzić? Od chyba pół godziny błąkam się po tym *cenzura* korytarzu i to cały czas w jednym kierunku i nic. Żadnych schodów, ba, żeby chociaż korytarz się załamał lub skręcił, nic. Maszeruję tym samym, zasranym, zaśmierdłym holem i nawet *cenzura* wystrój się nie zmienił. Z pochodni, nici. Harcerzem byłem dość dawno temu, zresztą ta wilgoć przekreśla szanse jakiegokolwiek podpalania.- Mówił już do siebie , będąc niemalże na granicy załamania nerwowego. Lampka za jego plecami, ta ostatnia paląca się zgasła, a ta przednim, najdalej spowita w mroku, zapłonęła. To już było dla niego normalne. Od pół godziny, lampki zapalają się i gasną w miarę jak on się przesuwa w którąś stronę. To światło go śledzi, podąża za nim. -To na nic! Ten korytarz prowadzi do nikąd! – Ucichł. Do jego uszu dobiegł jakiś odgłos, cała seria dźwięków. Narastały, w miarę jak przesuwał się do przodu. Dobiegały z za jednych z drzwi. Ciche pojękiwanie, i westchnienia, przyśpieszone oddechy, szepty, świństwa szeptane do ucha. Mężczyzna i kobieta, w stu procentach pochłonięci sobą. Bob zatrzymał się przed drzwiami. Nasłuchiwał. Czuł się jak by znowu miał siedem lat i podsłuchiwał rodziców. Jeremy Poderwał się ze starego, dębowego biurka, które służyło mu też za ladę. Zamrugał. Musiał się zdrzemnąć. W jego księgarni jak zwykle było cicho i panował półmrok. Spojrzał na księgę, nad którą zasnął. „Szepty z przeszłości”. Co za kicz. - Mam nadzieję, że nikt nie wszedł pod moją nie przytomność.- Ogarnął go niepokój, wyciągnął pistolet z szuflady i wcisnął go z tyłu za pas, nakrył koszulą. Wstał od biurka z zamiarem obchodu regałów. Nagle do jego uszu dobiegł ledwo słyszalny szept - Jeeremyyy…- Jego serce załomotało szybciej, mógłby przysiądź, że to był Jej głos. Tylko Ona potrafiła tak szeptać, tak… jak wiatr. - Ann…, ale ty przecież nie żyjesz…- Szepnął. Stuknęły drzwi wejściowe, usłyszał jeszcze tupot jej drobnych nóżek. Zerwał się jak tygrys i rzucił za nią w pościg. Wybiegł na zewnątrz, wbiegł w pustkę zaułka. - Niema jej… i już nigdy nie będzie. Pogódź się z tym głupcze. Jego rozmyślania przerwała pewna akcja. Do taksówki dobijał się jakiś młokos. Uderzał w szybę z pięści i coś tam krzyczał. Sekundę później samochód ruszył z piskiem opon, zostawiając napastnika w spalinach. Ten patrzył w ślad za wozem. Podniósł rękę i wykonał gest przywołujący. Z innego zaułka wyjechał samochód dostawczy i ruszył w ślad za taksówką. Teraz Jeremy go rozpoznał, to ten Lord z dachu, ten od zabawy z ogniem. Dołączyło się do niego dwóch koksów i ruszyli w stronę księgarni. - Witaj, Jeremy. Bo to twoje imię, prawda Jeremy? Na pewno mnie pamiętasz. Przyszliśmy kupić książkę. Bob Smith Co to za koszmar? To niemożliwe, aby ten korytarz ciągnął się tak długo w jedna stronę chyba, że... Tak to na pewno narkotyki, nie dość, że ktoś wywlókł mnie w to przeklęte miejsce to jeszcze czymś mnie odurzył. Bob gwałtownie potrząsnął głową jakby na potwierdzenie własnych myśli. Gdy tylko to zrobił poczuł, że wraca mu zdolność logicznego i zrównoważonego myślenia. Zepchnął czarne myśli do samej granicy świadomości, bo wiedział, że jeśli tylko pozwoli wypłynąć im na wierzch będzie skończony. Te myśli podsuwały mu zupełnie inny obraz sytuacji - ale akceptacja ich oznaczała pełne zanurzenie się w jeziorze szaleństwa, na co w tej chwili nie mógł sobie pozwolić. No dobra przynajmniej znalazłem kogoś w tym miejscu opuszczonym przez Boga Bob sam nie wiedział skąd przyszło mu to określenie - ale to chyba przez ten mrok, niekończący się korytarz, zapalające się i gasnące lampki, wszystko dziwnie i jakoś nie tak... Chmmm zapukać czy poczekać aż skończą? Może dam im jeszcze chwilkę w końcu głupio tak przerywać komuś zabawę, choć z drugiej strony, kto by tu mieszkał a co dopiero się zabawiał? I co ja ogóle powiem? "Przepraszam, ale zgubiłem się czy wiedzą Państwo jak wyjść z tego hotelu ??" Bob normalnie nigdy by się nie zdobył na takie zagranie, poszukałby sam - zawsze znajdował jakieś rozwiązanie z różnych sytuacji, ale tu sytuacja daleko odbiegała od normalności. Tak daleko, że tym razem, gdy chciał już zapukać do drzwi poczuł strach. A co jeśli wewnątrz pokoju jest jeszcze gorzej, co jeśli tam są moi porywacze lub coś jeszcze gorszego ? *cenzura* im dłużej o tym myślę tym bardziej się boję jeszcze chwila i zacznę biec przed siebie. Uspokój się, uspokój... dobra teraz albo nigdy Bob wyciągnął rękę w kierunku drzwi PUK PUK PUK zastukał trzykrotnie, dużo głośniej niż zamierzał. A co mi tam pomyślał to jest tak popaprane miejsce, że zasady kultury nie mogą tu obowiązywać a jeśli ci "lokatorzy" mają wrogie zamiary to wolę nie dawać im czasu na przygotowanie Po chwili chwycił za klamkę, przekręcił i otworzył drzwi Powiązane tematy
Środowisko IV RP a niepodległość dla Tybetu Ekonomia wg MOra Wybory - pytanie czy lub kiedy Demonstracja poparcia dla rządu KaczJara Kaczyńscy spowodowali strajki w służbie zdrowia IV RP- najwyższy czas tej idei nadać rozmach! Czary Seksafera czyli nowe "taśmy prawdy" Atak na Strefę Gazy PO, wyborcza/gazeta.pl, tvn/tvn24, onet, wp, interia... Pan Aleksander Kwasniewski [D&D] A gdy śmierci już zabraknie... Carex posrał sobie zbroję New Horizons Filmowa zgaduj-zgadula Skupisko wiadomości z grup dyskusyjnych , Index Linki, |